środa, 7 kwietnia 2010
mm, PAP, gazeta.pl, 28 marca 2010

Raport o nieujawnionej masakrze: ponad 320 ofiar. „Najbardziej okrutna rzeź LRA”

Co najmniej 321 osób zginęło w nieujawnionej jak dotąd masakrze w Kongo pod koniec 2009 roku – poinformowała monitorująca łamanie praw człowieka organizacja Human Rights Watch w opublikowanym w sobotę raporcie. Ofiar w rzeczywistości może być więcej. Wiele osób zostało okaleczonych, porywano kobiety i dzieci.


A man with machete wounds to his head after being attacked by LRA rebels near Ngilima, northern Congo. February 21, 2009.

Mężczyzna z ranami głowy po uderzeniach maczetą. Ngilima, DRC. 21 lutego 2009.
fot. Reuters, 2009


Do rzezi doszło między 14. a 17. grudnia, w – co najmniej – 10 wioskach w północno-wschodnim Kongo. Wcześniej nikt nie informował o tej zbrodni. Według raportu wiele osób zostało też okaleczonych. Odcięto im uszy i wargi, by zmusić tych, którzy przeżyli do zachowania masakry w tajemnicy.

Pracownica Human Rights Watch zajmująca się Afryką, Anneke Van Woudenberg nazwała tę rzeź „jedną z najgorszych, jakie kiedykolwiek popełniło ugrupowanie Armia Bożego Oporu (ang. Lord’s Resistance Army) w swej krwawej, 23-letniej historii”.

Porywano kobiety i dzieci
Większość ofiar to mężczyźni, których związano lub przywiązano do drzew poczym pocięto maczetami, lub rozbito im głowy siekierami.

Rebelianci porwali też wiele dzieci i kobiet, które zmuszono do przejścia do odległego o 96 km miasta. Ci, którzy maszerowali zbyt wolno, byli zabijani po drodze. Ciała zabitych leżały na całej trasie z Makombo do Tapili w północnym Kongo.

Według BBC ostatnia masakra mogła pochłonąć więcej ofiar niż wynika to z danych Human Rights Watch, a liczba porwanych wtedy dzieci przekracza 80. Uprowadzenia dzieci to częsta praktyka tego ugrupowania. Chłopcy są wcielani do oddziałów Armii Bożego Oporu, a dziewczynki wykorzystywane jako seksualne niewolnice – pisze BBC na swoich stronach internetowych.

LRA – jedna z najbardziej okrutnych grup
Armia Bożego Oporu to jedna z najbardziej brutalnych grup rebelianckich w Afryce. W 2008 roku, gdy siły rządowe państw tego regionu zaatakowały ugrupowanie, rebelianci odpowiedzieli zamordowaniem co najmniej 865 osób. Armia Bożego Oporu powstała w 1987 roku w Ugandzie. Jej przywódcy poszukiwani są przez Międzynarodowy Trybunał Karny, a USA uznają ugrupowanie za organizację terrorystyczną. Przywódcy Armii Bożego Oporu głosili początkowo, że walczą o ustanowienie teokracji w Ugandzie. Z czasem ich bojówki zaczęły siać terror również w Sudanie, Republice Środkowej Afryki i Kongo.


j. angielski, 73 strony
Human Rights Watch, NY 2010

| PDF / 0,9 MB |


czwartek, 1 kwietnia 2010
Maciej Stasiński, wysokieobcasy.pl, 25 marca 2010

Leśne dzieci

Terrorystyczna armia partyzancka FARC zawsze zabierała dzieci. Ponieważ przegrywa wojnę, bierze ich coraz więcej i coraz młodsze.


Lesne dzieci – Kolumbia

To zdjęcie kolumbijska policja znalazła przy ciele zabitego w walce członka terrorystycznej armii partyzanckiej FARC, w której szeregach walczy obecnie kilkanaście tysięcy dzieci
fot. Reuters/Forum


– Zaczęli mnie nachodzić, jak skończyłam 10 lat. Urodziłam się tu, w La Macarena, mieszkałam z mamą i rodzeństwem, chodziłam do szkoły. Partyzanci zaczęli mnie namawiać, żebym poszła z nimi, że tam będę miała, co zechcę. Przychodzili do wioski w niedziele i za każdym razem mnie namawiali, że z nimi lepiej, niż tutaj pracować. Mama miała sklepik, strasznie to przeżywała, mówiła mi, żebym nie szła. Ale ja sama nie wiedziałam, co lepsze.

Jak skończyłam 12 lat, wrócili po mnie. Mamy nie było, bo gdzieś pojechała, to poszłam z nimi. Najgorsze było załatwianie się, bo po trzech tygodniach chodzenia polnymi drogami od domu do domu, gdzie można się było umyć i załatwić w ubikacjach, w końcu weszliśmy w góry. Trzeba było kopać dziury w ziemi, przykrywać je liśćmi, nie było papieru. Tak samo ciężko było z myciem. Trzeba było to robić w strumieniach, przy wszystkich (…).

Po pięciu miesiącach pożałowałam, ale już nie mogłam odejść. Zresztą mojej mamie powiedzieli, że nie żyję, że mnie zabili. Jak moją kuzynkę, która też z nimi poszła, a kiedy chciała uciec, złapali ją, zrobili sąd wojenny i zabili.

Potem dali mi mundur, plecak i zaczęliśmy maszerować (…). Chcę zapomnieć, co było potem. Na przykład bitwę pod Morro Pelao, gdzie musiałam strzelać z moździerza. Strzelanina była okropna (…). Miałam wielu dowódców… Przenosili mnie z frontu na front…

Dwa miesiące temu zostałam ranna. To było straszne. W środku bitwy musiałam odbezpieczyć granat i rzucić w żołnierzy. Ale strzelali do mnie z bliska, a ja źle go złapałam, wybuchł i urwał mi nogę. Zaczęła mi płynąć krew, kupa krwi, wrzasnęłam, jak zobaczyłam, że nie mam nogi. Krzyczałam, aż przyszedł partyzant, a ja zemdlałam. Jak się obudziłam, już uciekliśmy żołnierzom. Poszliśmy do obozu, gdzie mi zaszyli nogę. Ale wojsko było blisko, więc partyzanci mnie zostawili w jakimś domu, jakbym już ich nie obchodziła. Chciałam porozmawiać z dowódcą, żeby mi zostawili ubrania i rzeczy do mycia, ale mi nie pozwolili. Kiedy poszli i nie wracali, z drugim kolegą, też rannym, postanowiliśmy uciec (…). Strasznie się baliśmy, bo mówili nam zawsze, że nie możemy się dać złapać żywcem, bo żołnierze zaraz nas zgwałcą, będą torturować i potem zabiją. Ale przyjęli nas dobrze. Dali jeść i ubranie. Obiecali, że zabiorą do Bogoty. Teraz myślę tylko tym, żeby zdobyć nogę i móc znowu chodzić. W bazie żołnierze pomagają mi chodzić do ubikacji, a jeden generał dał mi kule. Chcę zdać maturę i uczyć się na pielęgniarkę, bo bardzo to lubię. Dużo myślę o kolegach z partyzantki, którzy zostali. Fajnie byłoby, jakby im nastawili przez pomyłkę radio wojskowe, bo wtedy usłyszeliby nas, którzy zdezerterowaliśmy.

Teraz chcę o wszystkim zapomnieć. Było minęło.


Takich świadectw jest coraz więcej. Bo coraz więcej żołnierzy FARC – i tych weteranów, którzy dawno temu poszli tam dla idei, z własnej woli, ale się wypalili, i tych, których wzięto przemocą lub oszustwem w wieku dziecięcym, ale się rozczarowali i opamiętali – odpowiada na wezwania armii regularnej i ucieka z dżungli i gór. Inni wpadają w ręce wojska w bitwach jako jeńcy i zostają po drugiej stronie.

Faktem jest więc, że FARC, Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii, krwawią, przegrywają wojnę, którą im wypowiedział sześć lat temu prezydent Álvaro Uribe. Do ostatecznej klęski jeszcze daleko, ale komendanci FARC siedzący w puszczy od kilkudziesięciu lat widzą, co się dzieje, i próbują się ratować.

Branka dzieci tresowanych potem w dyscyplinie i zabijaniu to codzienność kolumbijskiej wojny domowej. Dziećmi posługują się nie tylko partyzanci FARC, ale także ich koledzy z ELN i samozwańcza paramilitarna armia prawicowa AUC, która powstała na początku lat 80., by walczyć przeciw FARC.

Dzieci to surowiec wojenny plastyczny jak plastelina i wdzięcznie lepi się z niego zawodowych zabójców. Dziećmi wysługują się też zwykłe bandyckie gangi i kartele narkotykowe.

Paramilitarni z AUC już oficjalnie nie walczą, trzy lata temu rozbroili się i wielu ich komendantów siedzi w więzieniu. Ale FARC walczy nadal i jest w wyraźnym odwrocie w wojnie z armią rządową.

Dlatego od kilku miesięcy komendanci FARC biorą dzieci masowym i brutalnym zaciągiem. Na alarm w tej sprawie biją armia, Kościół katolicki i liczne organizacje pozarządowe zajmujące się losem ludności cywilnej na terenach objętych wojną domową.

Branka odbywa się w 31 z 32 departamentów Kolumbii. Na ubogich obrzeżach wielkich miast, w odległych od miast biednych wioskach i małych miasteczkach. Zawsze tam, gdzie najbiedniej, gdzie brak ziemi, pieniędzy, edukacji, szans na dobrą pracę. Gdzie stosunki w społeczności i rodzinach są brutalne, gdzie jest pijaństwo, przemoc domowa. Metody to mieszanina gróźb, szantażu i gwałtu oraz kuszenia przygodą, opieką i dobrobytem. Jeśli dzieci nie dają się skusić, a rodzice zastraszyć, partyzanci biorą je siłą. Często torturują, karzą za opór lub próby ucieczki, a nawet zabijają.

Kościół katolicki zebrał dane o 500 dzieciach uprowadzonych w ciągu ostatniego roku do puszczy w departamentach Meta, Guaviare, Putumayo, Caquetá, Arauca i Vaupés. Od razu są wdrażane do życia jako armia dziecięca. Najpierw używa się ich jako wywiadowców, którzy lokalizują oddziały armii rządowej i donoszą dowódcom partyzanckim, jako strażników w obozach, tragarzy i posłańców, a także do układania min przeciwpiechotnych w okolicach obozów. Potem stopniowo uczy się je posługiwania bronią i rzuca do walki.

Czasem zdarza się cud. W wiosce El Capricho, nieopodal stolicy departamentu San José del Guaviare, oddział FARC próbował uprowadzić ze szkoły 100 dzieci. W ich obronie stanęła dyrektorka szkoły, zmobilizowała mieszkańców wioski, którzy tłumnie pospieszyli na pomoc i nie dopuścili do masowej branki. Członkowie FARC zwykle łamią opór terrorem, tym razem ustąpili przed zbiorowym buntem. Dyrektorka wygrała, ale musiała uciekać z wioski.

W Picalojo uprowadzili samotnej matce 12-letniego syna, jedno z czwórki jej dzieci. Matka opowiadała: – Najpierw jedna milicjantka przychodziła do wioski, gadała z dzieciakami, przynosiła im słodycze albo coś innego do jedzenia, zaprzyjaźniała się. Opowiadała, jak to fajnie jest w FARC. Niektóre dzieci z wioski poszły z nią z własnej woli, inne zabrali siłą. Ja musiałam się stamtąd wynosić, ale najstarszego nie zdołałam uratować. Zabrali mi go, zanim uciekłam. Odwracał się i wołał: ‘Mamo, ratuj!’. Ale nie mogłam nic zrobić, boby mnie zabili – opowiadała kobieta dziennikarzom tygodnika ‘Cambio’.

Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka w Kolumbii szacuje, że kilka lat temu w szeregach 20-30-tys. armii FARC dzieci w różnym wieku było od 6 do 11 tys. Dzisiaj jest ich od 14 do 17 tys., wliczając dzieci wcielone już do armii oraz te, które są na razie wykorzystywane jako służby pomocnicze. Dzisiaj co czwarty partyzant FARC jest nieletni. Kiedyś średnia wieku młodocianych żołnierzy wynosiła 13 lat, dzisiaj – 11,8 roku. Średnio dzieci walczą w szeregach armii dwa lata, potem dorastają, giną lub uciekają. W ciągu ostatnich 10 lat zginęło w walkach z armią 6410 dzieci-żołnierzy.

Ucieczka karana jest sądem polowym i śmiercią. Wyrok wykonuje zwykle równie nieletni żołnierz, Udział w egzekucji wiąże kata z oddziałem, a innym służy za przykład i przestrogę.



Lesne dzieci – Kolumbia

Ci, którym uda się uciec, trafiają do tajnych ośrodków rehabilitacji społecznej, gdzie podczas pięciomiesięcznego programu próbuje się ich przywrócić do normalnego życia
fot. Reuters/Forum


Mimo to uciekają. W ciągu pięciu miesięcy w 2009 r. uciekło z FARC aż 4032 dzieci-żołnierzy, a rok temu tylko 415. Jedna trzecia to dziewczynki, dwie trzecie chłopcy. Trafiają pod opiekę Instytutu Rodzinnego, który je wychowuje i przywraca do normalnego życia w tajnych ośrodkach rehabilitacji społecznej.

Kilka lat temu byłem w takim ośrodku. Zjawisko branki dzieci do FARC nie było tak masowe, ale ich opowieści brzmiały podobnie jak dziś.

Claudia, 15 lat, mówiła: – Mieszkaliśmy w prowincji Arauca. Miałam pięcioro rodzeństwa. Kiedyś przyjechał na przepustkę wujek z wojska. Zabrał mnie samochodem na wycieczkę. Na drodze w lesie zatrzymali nas partyzanci. Kazali wysiąść. Znali wujka, wiedzieli, że jest w wojsku, chociaż był po cywilnemu. Zmusili go, żeby uklęknął przy drodze. Potem zastrzelili. Mnie zabrali w góry. Miałam osiem lat.

Flora, 16 lat: – Tata uprawiał kokę. Mama prowadziła dyskotekę i sklep. Tata pił, potem bił mamę. Kiedyś przyszłam do domu. On znowu ją bił. Dźgnęłam go nożem w plecy. Zabrali ich do szpitala: jego z nożem w plecach, mamę pobitą i w ciąży. Zostałam sama. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Mój kuzyn, który był milicjantem FARC, namówił mnie, żebym poszła z nim do partyzantów. Poszłam. Miałam dziesięć lat.

Claudia: – Kiedy płakałam, wiązali mi z tyłu ręce. Kiedy tęskniłam, mówili mi, że mama i tata to mój karabin. Jeśli zawsze będę go miała przy sobie, będę z nimi. W końcu przestałam jeść. Po czterech dniach jeden z dowódców przekonał mnie, że będą ćwiczenia i że będzie fajnie. Maszerowaliśmy, ćwiczyliśmy strzelanie, okopywaliśmy się. Kiedyś nagle zaczęli do nas walić z wojskowego helikoptera. Zostałam ranna. Leczyłam się dziewięć miesięcy. Pierwszy raz wzięli mnie na akcję, gdy miałam 11 lat. Rzucili mnie do rowu i kazali strzelać. Tak się bałam, że tylko gryzłam ziemię i palce. Wtedy komendant złapał mnie za kark, podniósł, potrząsnął i kazał się opanować. Pokazał, gdzie mam strzelać. Ale ja strzelałam przed siebie, bez celowania, byle jak. Później dali mnie do oddziału werbunkowego. Chodziliśmy po wsiach. Namawialiśmy dzieciaki, żeby do nas wstępowały. Szły z nami, bo albo wybito im rodzinę, albo nie wiedziały, co ze sobą zrobić. W cztery miesiące mój oddział przyprowadził stu rekrutów. Kiedy już nabrali do mnie zaufania, komendant ‘Cucho’ wziął mnie do osobistej eskorty. Pilnowałam kasy oddziału. Mieliśmy kursy z materiałów wybuchowych, łączności, pomocy lekarskiej. Byłam pielęgniarką, pilnowałam jeńców, pracowałam na komputerach. Redagowaliśmy statut i inne papiery Podziemnej Partii Kolumbijskiej. Rozprowadzaliśmy je potem po wioskach. Potem kazali mi zabić jeńca. To był ‘para’ [członek antypartyzanckich oddziałów paramilitarnych]. Dowódca odprowadził nas na bok. Mnie i jeszcze jednego chłopca. Kazał mi wymierzyć w głowę i strzelić. Leżał [Claudia wyciąga rękę i wskazuje na ziemię), mięso mu się ruszało, podskakiwało, o tak, raz po raz. A rękami tak drapał ziemię. Potem kazali nam rozpruć mu brzuch, wyciągnąć flaki, napełnić ziemią, kamieniami i zaszyć. Żeby się nie rozkładał i żeby nie śmierdział, jak go pogrzebiemy. Wieczorem, kiedy wróciłam do obozu, wszystko mi smakowało krwią, wszystko na mnie napierało, niebo mi spadało na twarz, nie mogłam spać. Przyszedł dowódca i dał mi się napić anyżówki raz i drugi. Przeszło.

Rok temu miałam już dość. Nie chciałam z nimi dłużej być. Myślałam o rodzicach i braciach. Tęskniłam. Chciałam odejść. Ale z FARC nie można odejść. Dezercja karana jest śmiercią. Musiałam uciec. W nocy umówiłam się z kolegą, który miał straż. Kiedy się przytulał, to tu, w serce, wbiłam mu bagnet. Nie krzyknął, tylko tak zrobił: ‘Uchch!’. Musiałam. Potem biegłam całą noc bez przerwy, rano i do popołudnia. W końcu dotarłam do miasteczka. Zgłosiłam się na policję.

Najciężej mają dziewczynki, bo nie tylko znoszą te same trudy leśnego życia, samotność, oderwanie od rodziny, choroby tropikalne, grozę bitwy i śmierci, ale też są przedmiotem stałej przemocy seksualnej ze strony komendantów, a w razie zajścia w ciążę, która jest surowo zabroniona, przeżywają grozę porodu w dżungli, strachu o życie dziecka, a potem przymusowej brutalnej z nim rozłąki.

Adriana miała 16 lat, gdy zaszła w ciążę w dżungli. Kiedy po czterech miesiącach komendanci 5. Frontu FARC to wykryli, dali jej tabletki cytotec na poronienie. Zaczęło ją skręcać, potem buchnęła krew, aż wreszcie wypadł płód. Łożysko zostało w środku, więc chociaż czekała ją teraz kara – obsiać cztery hektary kukurydzą – komendanci zabrali ją do szpitala w pobliskim miasteczku i zostawili. Ledwo lekarze postawili ją na nogi, dostała rozkaz wrócić do szeregów. Maszerowała wraz z kolumną dwa miesiące, uciekając przez depczącą im po piętach armią. Wciąż krwawiła.

Dopiero pięć lat później zdezerterowała wraz z małym dzieckiem, synem komendanta, który zginął w walce, poddała się wojsku i opowiedziała, co ją spotkało.

Tatiana straciła matkę w 11. roku życia. Porzucił ją ojciec, a wychowaniem zajęli się dziadkowie. Mimo biedy w wieku 15 lat ukończyła dziewiątą klasę z wyróżnieniem. Żeby się dalej uczyć, musiała pojechać do większego miasta, ale na to pieniędzy dziadkowie na nie mieli. Przyłączyła się do FARC, gdy przyszli do miasteczka w departamencie Antioquii. Szybko awansowała i brała udział w walkach. Wtedy dopiero dowiedziała się, że cztery lata wcześniej członkowie FARC zabili jej matkę. Przy pierwszej okazji zdezerterowała. Dzisiaj państwo jej pomaga, uczy się dalej, ma nowe życie. Ale nie miałaby tej szansy, gdyby nie poszła z FARC na wojnę i pozostała biedną półsierotą ze wsi Antioquii.

Rok temu wojsko znalazło w zdobytym obozie FARC dwa komputery, a w nich archiwa dwóch ugrupowań tzw. Frontów 58 i 34 FARC. Skrupulatnie prowadzona buchalteria zdaje sprawę z tego, jak pod czujnym okiem komendantów sprawują się dzieci wojny w partyzanckich szeregach. Wszystkie nieletnie żołnierki mają swoje fiszki. Krótkie, monotonne wpisy dyscyplinarne są jak dzienniczek więzienny. Idzie to tak:

Viki
wiek poboru – 14 lat
Front 58 FARC
rodzice: ojciec w Bogocie, matka zajmuje się domem
rodzeństwo: sześcioro
wykształcenie: 3 klasy podstawówki,
sprawowanie: zalety – pracowita, wady – złe nawyki, zasnęła na straży – kara: 30 razy noszenie drewna, brak szacunku dla dowódcy – kara: 15 razy noszenie drewna, niewykonanie rozkazu: nie chciała być sekretarką – kara: przepisywanie całego regulaminu.
złamanie regulaminu: przeglądała się w lusterku na straży – kara: 50 razy noszenie drewna i 3 kolejki zmywania garnków


Carolina

wiek poboru – 14 lat
Front 58
rodzice: ojciec nie żyje, matka zajmuje się domem
rodzeństwo: sześcioro
wykształcenie: 6 klas
sprawowanie: zalety – pracowita, wady – złośliwa, dwa razy ze strachu porzuciła stanowisko na straży – kara: 30 razy noszenie drewna, 15 kolejek czyszczenia ubikacji, 15 kolejek zmywania garnków i 4 pouczenia regulaminowe, oszczerstwa przeciw przedstawicielom ludu: powiedziała, że komendant Ferney zadawał się z pewną partyzantką, a to była nieprawda – kara: 30 razy noszenie drewna i 5 kolejek zmywania garnków, zgubiła garnek i nie wie gdzie – kara: 200 razy noszenie drewna, kłamała, żeby się usprawiedliwić przed komendantem – kara: 100 razy noszenie drewna, obrażanie towarzyszy: nazwała ropuchą koleżankę, bo widziała, jak ta uprawia seks z partyzantem – kara: 20 razy noszenie drewna i 15 razy noszenie garnków


niedziela, 31 stycznia 2010
Sarah Crowe i Martin David Logan, unicef.org, styczeń 2010

Pierwsza grupa maoistycznych dzieci-żołnierzy w Nepalu wraca do cywilnego życia
Źródło: unicef.org

OKRĘG SINDHULI, Nepal 8 Stycznia 2010 r. – Wśród morza kolorów, kwiatów i błogosławieństw grupa licząca około 200 byłych dzieci-żołnierzy opuściła baraki w kwaterach armii maoistycznej, stawiając pierwsze kroki na drodze do cywilnego życia.

01

Byli nepalscy bojownicy maoistyczni podczas pożegnalnej ceremonii w maoistycznym obozie w Dudhali, w okręgu Sindhuli we wschodnim Nepalu, 7 stycznia 2010 r.
fot. AFP PHOTO/Prakash MATHEMA


POSŁUCHAJ
Wyposażeni tylko w niewielką ilość gotówki, zapewnioną przez Organizację Narodów Zjednoczonych 10 000 rupii nepalskich (NPR) – (równowartość 140 dolarów amerykańskich), i nadzieję na zdobycie wykształcenia i znalezienie pracy, uśmiechnięci, roześmiani młodzi mężczyźni, obwieszeni girlandami z kwiatów, z tikami (tradycyjnymi kropkami z czerwonego proszku) na czołach, machali na pożegnanie z dachów autobusów, które po raz ostatni wywoziły ich poza teren obozów armii maoistycznej. Dławione mieszanymi emocjami ich byłe towarzyszki broni machały z okien zatłoczonych autobusów.

Ci młodzi ludzie zostali wysłani do domu w tydzień po tym, jak zwolniono ich ze służby wojskowej. Nastąpiło to dzięki staraniom ONZ, która podczas podpisywania porozumienia pokojowego w maju 2006 r. zwróciła uwagę na obecność nieletnich w szeregach armii partyzanckiej. Przez ostatnie dwa lata żyli w zawieszeniu, podczas gdy negocjacje, mające na celu ich uwolnienie, przeciągały się. W ciągu najbliższego miesiąca do cywila zostaną także zwolnieni byli nieletni żołnierze z pozostałych sześciu nadzorowanych przez ONZ kwater znajdujących się na terenie kraju.


POCZĄTEK NOWEGO ŻYCIA
Gdy sześć autobusów udających się do oddalonych o kilka godzin jazdy miejscowości zapalało silniki i powoli ruszało, widać było kilka stoickich twarzy, załzawionych oczu i smutek z powodu rozstania z przyjaciółmi. Jednak większość pasażerów wołała do swoich kolegów i – machając, wychylając się przez okna, żeby podać im rękę – wyruszała w podroż do nowego życia.

Wielu z tych młodych przyznaje na osobności, że są źli z powodu zwolnienia ze służby wojskowej. „Zmarnowałem dwa lata mojego życia” – powiedział jeden z nich. Inni cieszyli się z powrotu do swoich wiosek i rodzin.

Od podpisania porozumienia pomiędzy maoistycznymi rebeliantami a rządem nepalskim i zakończenia w 2006 r. dziesięcioletniego konfliktu – który kosztował życie około 16 000 Nepalczyków – kraj ten zmaga się z poważnymi wyzwaniami. Zwolnienie młodych byłych rebeliantów jest postrzegane jako jeden z sukcesów procesu pokojowego, znaczący początek nowej ery.

Żyjąc w kwaterach i czekając na zakończenie przedłużających się negocjacji, młodzi ludzie mieli ograniczone możliwości. Część z nich zajmowała się stolarką i nauką języka angielskiego, inni spędzali czas na ćwiczeniach fizycznych, oglądaniu telewizji, grze w badmintona czy siatkówkę lub wychowywaniu dzieci. W tym wspólnie spędzonym czasie ci młodzi ludzie bardzo się zżyli, a wielu z nich założyło rodziny. Do stycznia 2010 r. mieszkało tutaj 60 małych dzieci i 18 ciężarnych kobiet.

Lecz teraz, dzięki wspólnej pomocy ONZ, rządu Nepalu i maoistów, będą oni mieli zapewnioną możliwość uczestniczenia w szkoleniach i otrzymają pomoc materialną potrzebną do rozpoczęcia nowego życia. Część z nich odbędzie szkolenia i zostanie wyposażona w narzędzia potrzebne do podjęcia pracy, w takich dziedzinach jak: spawalnictwo, stolarstwo czy fryzjerstwo. Fundusz Narodów Zjednoczonych Pomocy Dzieciom (UNICEF) zapewnia nie tylko możliwość kontynuowania formalnej edukacji, ale i zdobywania dodatkowych umiejętności i doskonalenia zawodowego.


PEWNIEJSZA, SPOKOJNA PRZYSZŁOŚĆ
Proces powrotu do życia cywilnego, którego zakończenie w siedmiu kwaterach w całym kraju przewidziane jest na połowę lutego 2010 r., stanowi część planu działania przyjętego w grudniu 2009 r. przez rząd Nepalu, Komunistyczną Partię Nepalu – maoistów (KPN-M) oraz ONZ. Gdy potwierdzone zostanie, że KPN-M wywiązała się z zobowiązań w ramach planu działania, partia ta będzie mogła ubiegać się o usunięcie z listy partii rekrutujących dzieci, zamieszczonej w rocznym raporcie Sekretarza Generalnego ONZ na temat dzieci w konfliktach zbrojnych.

Przed czwartkową uroczystością dzieci zakończyły proces odchodzenia za służby wojskowej, przeprowadzany przez różne agencje ONZ. Ubrana w granatowe dresy młodzież została poinformowana o możliwościach rehabilitacji i otrzymała cywilne ubrania i dowody tożsamości. W nadchodzących miesiącach pracownicy ONZ będą się kontaktować z tymi dziećmi, aby nadzorować i oceniać ich postępy w przystosowywaniu się do cywilnego życia. Prawie 3 000 spośród zwolnionych było niepełnoletnich w momencie ogłoszenia zawieszenia broni 25 maja 2006 r. Dziś kilkanaścioro z nich ma mniej niż 16 lat, a około 500 nie ma jeszcze ukończonych 18 lat. Jedną trzecią stanowią kobiety.

Zwolnienie tych młodych ludzi niesie symboliczne przesłanie na nowy rok” – powiedział reprezentant UNICEF w Nepalu Gillian Mellsop.

Dodał on także, iż „fakt, że ci młodzi ludzie mogą w końcu powrócić do normalnego życia, symbolizuje także początek nowej dekady w Nepalu, a także początek drogi ku stabilnej i pokojowej przyszłości”.


MONITOROWANIE I SPRAWOZDAWCZOŚĆ
Od 2006 r. UNICEF zajmuje się dziećmi, które oficjalnie wcielone były do sił zbrojnych i bojówek w Nepalu. Dzisiaj, we współpracy ze swoimi partnerami, UNICEF działa w około 40 regionach, umożliwiając objęcie wspólnotowym procesem reintegracyjnym 7 500 dzieci.

UNICEF wraz z Biurem Wysokiego Komisarza ds. Praw Człowieka (OHCHR) wspólnie nadzorują Nepalską Grupę Zadaniową ds. Monitorowania i Mechanizmów Sprawozdawczych na rzecz dzieci dotkniętych konfliktem zbrojnym (Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ 1612). W tej kwestii, UNICEF wraz z Biurem Wysokiego Komisarza ds. Praw Człowieka w Nepalu prowadzi nadzór, który będzie kontynuowany w ramach planu działania dotyczącego odchodzenia ze służby wojskowej, podpisanego w grudniu 2009 r.

Zgodnie z tym planem monitoring prowadzony będzie przez 12 miesięcy po odejściu ze służby wojskowej ostatnich osób. Dopiero wtedy KPN-M będzie mogła ubiegać się usunięcie z listy partii rekrutujących dzieci, zamieszczonej w rocznym raporcie Sekretarza Generalnego ONZ na temat dzieci w konfliktach zbrojnych.

tłumaczenie_Magda Chmiel i Ala Pałka



Czytaj także ONZ i Nepal przyjęły plan działań zmierzający do uwolnienia prawie 3000 maoistowskich dzieci-żołnierzy

piątek, 15 stycznia 2010
kj, kdj, tvn24.pl, 13 stycznia 2010

GRUZIŃSKI PLAN DLA SZKÓŁ
Wojskowe szkolenie dla dzieci
Źródło: tvn24.pl


Być może już niedługo dzieci w gruzińskich szkołach będą przechodzić szkolenie wojskowe. O takich planach poinformowało ministerstwo obrony Gruzji. – Na początek, w przyszłym roku akademickim znalazłoby się ono w klasach starszych, a potem byłoby rozszerzone na dalsze klasy – powiedział minister obrony narodowej Gruzji Baczo Achalaia.

Szef resortu obrony zapowiedział, że w ten sposób mogliby poznać pierwsze podstawy szkolenia wojskowego oraz strukturę sił zbrojnych. Zdaniem Achalai, mogliby także „doskonalić posługiwanie się różnego rodzaju bronią”.

Minister dodał również, że dzięki szkoleniu młode pokolenie mogłoby zrozumieć znaczenie sił militarnych dla kraju i jego bezpieczeństwa oraz „zobowiązania każdego obywatela w tym kierunku”.

Polityk przekonywał również, że zajęcia byłyby interaktywne i znacznie bardziej interesujące niż szkolenie wojskowe w szkołach w czasach radzieckich.

Prezydent jest za

Planom wprowadzenia szkolenia wojskowego dla dzieci wydaje się kibicować gruziński prezydent Micheil Saakaszwili. We wtorek powiedział on, że szkolenie wojskowe zostało zbyt szybko zlikwidowane w gruzińskich szkołach po upadku ZSRR.

Nawiązując do wojny z Rosją o Osetię Południową w 2008 roku, Saakaszwili powiedział: – Wszystko może się zdarzyć. (…) Gruzini powinni móc bronić co najmniej swojej wioski, miasta czy dzielnicy.


czwartek, 14 stycznia 2010

ONZ i Nepal przyjęły plan działań zmierzający do uwolnienia prawie 3000 maoistowskich dzieci-żołnierzy
Źródło: www.un.org

01

Nieletni w armii maoistycznej
fot. www.un.org


16 grudnia 2009 roku ONZ, rząd Nepalu oraz Komunistyczna Partia Nepalu – Maoiści (KPN-M) przyjęli plan działań, który powinien przyspieszyć zwolnienie prawie 3000 dzieci-żołnierzy służących w armii maoistycznej w trwającej 10 lat wojnie domowej. Dzieci te, trzy lata po podpisaniu porozumienia pokojowego kończącego konflikt, nadal pozostają w obozach czasowych.

„Młodzi ludzie, którzy spędzili ostatnie trzy lata żyjąc w zawieszeniu w kwaterach armii maoistycznej, będą wreszcie mogli zrobić kolejny krok ku lepszej przyszłości”– powiedziała Radhika Coomaraswamy, specjalny przedstawiciel Ban Ki Moona, Sekretarza Generalnego ONZ ds. Dzieci i Konfliktów Zbrojnych, podczas ceremonii, która odbyła się w stolicy Nepalu, Katmandu.

Jest to pierwszy krok na drodze do usunięcia KPN-M z listy partii werbujących dzieci i wykorzystujących je w konfliktach zbrojnych. ONZ wraz z rządem Nepalu będą wspomagać prawidłową resocjalizację nieletnich, tak, aby mieli oni zapewnioną możliwość udziału w programach powrotu do życia cywilnego i nie zostali wciągnięci do grup przestępczych.

Będą oni mieli zapewniony dostęp do różnorodnych metod resocjalizacyjnych, przygotowanych przez: Fundusz Narodów Zjednoczonych Pomocy Dzieciom (UNICEF), Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych (UNFPA) oraz Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP), finansowanych przez Fundusz Narodów Zjednoczonych na rzecz pokoju w Nepalu.

„Rząd Nepalu, ONZ i nasi partnerzy są w stanie zapewnić programy resocjalizacyjne obejmujące edukację i doskonalenie umiejętności, aby ofiarować tym dzieciom lepszą przyszłość” – powiedział przedstawiciel UNICEF Gillian Mellsop.

Nazywając to wydarzenie „krokiem historycznym” w procesie pokojowym w Nepalu, przedstawiciel ONZ Karin Landgren dodała: „Mamy nadzieje, że działanie to przyczyni się do podjęcia kolejnych kroków mających na celu wyjście z trwającego obecnie klinczu politycznego”.

W zeszłym miesiącu Karin Landgren poinformowała o nikłych postępach w pokonywaniu politycznego impasu, który zaczął się w ubiegłym roku, kiedy to prezydent Nepalu unieważnił odwołanie szefa armii przez ówczesny rząd, a rządząca KPN-M oddała władzę.

Porozumienie pokojowe z 2006 roku, kończące wojnę domową w Nepalu, doprowadziło do stworzenia kwater w kilku miejscach na terenie kraju, zapewniających czasowe schronienie byłym rebeliantom maoistowskim. Mieli oni zostać zwolnieni po zakończeniu procesu weryfikacyjnego, co wielokrotnie postulowała Rada Bezpieczeństwa ONZ.

tłumaczenie_Magda Chmiel


piątek, 20 listopada 2009
Małgorzata Sadowska, Przekrój
Żywią i bronią

01

Mali robotnicy z plantacji trzciny cukrowej
fot. Fernando Moleres/Panos/EK PICTURES


W kalendarzu Dzień Pracy od Dnia Dziecka dzieli miesiąc. Ale już 12 czerwca oba święta łączą się w jedno – Światowy Dzień Walki z Pracą Dzieci. W piekielnych warunkach pracuje dziś 180 milionów małych robotników – i ciągle ich przybywa.


| PDF / 1,9 MB |


poniedziałek, 5 października 2009
aga ram, tvn24.pl, 19 kwietnia 2009

Jak 14-latek zostaje samobójcą

01

Zdjęcie archiwalne, TVN24


W Iraku aresztowano 14-latków zwerbowanych przez Al-Kaidę. Mieli przy sobie bomby. Byli członkami grupy tzw. „Ptaków Raju” pomagającej terrorystom.


| PDF / 0,2 MB |


niedziela, 4 października 2009
Choe Sang-Hun, The New York Times, gazeta.pl, 31 grudnia 2007

Wojskowe obozy najlepszymi wczasami dla dzieci?

W Korei Południowej coraz popularniejsze są paramilitarne obozy dla młodzieży. Rodzice wysyłają swoje pociechy na poligon żeby „uczynić z nich lepszych przedstawicieli ludzkiego gatunku”. Nastolatkowie czołgają się w dołach pełnych błota, skaczą z wież na spadochronach, wdrapują się na wzgórza, zjeżdżają na linach z klifów i czołgają się pod zasiekami z drutu kolczastego na torach przeszkód.


| PDF / 0,12 MB |


sobota, 3 października 2009
Wojciech Jagielski, Gazeta Wyborcza, 4 grudnia 2006

Dzieci żołnierze wracają do domu

17-letni Christopher musiał popełnić większość zbrodni, o jakie oskarża się rebeliantów z ugandyjskiej Bożej Armii Oporu – mordy, tortury, grabieże. Czy teraz potrafi żyć normalnie?

| JPG / 0,3 MB |


, 3 października 2009
Mariusz Zawadzki, Gazeta Wyborcza, 6 lipca 2007

Hamas szkoli janczarów już od przedszkola

W przedszkolach i letnich obozach w Strefie Gazy islamski Hamas szkoli swoich janczarów – tysiące małych chłopców, którzy za kilka lat staną się żarliwymi bojownikami.

| JPG / 0,9 MB |