czwartek, 10 lutego 2011

Zdjęcia z Kambodży

Proste skojarzenia. Wojna. Pol Pot. Czas Apokalipsy. Bieda. Zniszczone miasta, brak miast. I dróg. Angor Wat. Miny.


W drodze do Banteay Srei

W drodze do Banteay Srei
fot. archiwum autora


Wojny już nie ma. Ostatnia skończyła się w 1998 roku, wraz ze śmiercią Pol Pota i późniejszym poddaniem się pozostałych przywódców Czerwonych Khmerów. Proces ostatnich czterech osób powinien rozpocząć się w grudniu 2010 roku (więcej szczegółów na stronie Międzynarodowego Trybunału ds. Ludobójstwa i Zbrodni Przeciwko Ludzkości w Kambodży). Wcześniej na 35 lat więzienia skazano Kainga Gueka Eava, osławionego „Ducha”, który zarządzał katownią Czerwonych Khmerów, więzieniem S-21.


Czas Apokalipsy to tylko film, chociaż wiele gorszych, niż te przedstawione w produkcji Francisa Forda Coppoli, chwil przeżyli mieszkańcy Kambodży w czasie, w dużym stopniu nielegalnych, amerykańskich bombardowań z lat 1969-1973. W sumie amerykańskie superfortece B-52 zrzuciły na Kambodżę 2 756 941 ton bomb*. Dzisiaj bombowców nad Kambodżą nie ma, helikopterów i Ride Of The Valkyries Ryszarda Wagnera w tle również. Także napalm nie wypala pięknych krajobrazów, pól ryżowych i wystających raz po raz palm cukrowych. I ludzi na tych polach. Trudno uwierzyć, że ktoś był tak głupi (lewicowi radykałowie znają nazwiska głupków: Nixon i Kissinger), żeby chcieć zniszczyć te cudowne miejsca.


Bieda jest. Kambodża jest biedna, była i zapewne długo jeszcze będzie. Dokładniej: ludzie byli, są i będą biedni. Bo kraj jest bogaty. Natura obdarowała sowicie tę część świata. Ale na tym bogactwie wzbogacają się nieliczni. Generałowie. Obecni i byli. Młode wilki, starzy wyjadacze. Wszyscy z pistoletami i kontaktami. Niszczą lasy deszczowe, rozkradają zabytki architektury, sprzedają każdą piędź ziemi, łącznie z mieszkającymi tam ludźmi. Phnom Penh, stolica Kambodży, jest również ich stolicą. Każdy w lexusie SUV. Reszta na motocyklach i rowerach. Turyści na tuk tukach.


Dzieciaki z Kampong Phulk nad jeziorem Tonle Sap.

Dzieciaki z Kampong Phulk nad jeziorem Tonle Sap.
fot. archiwum autora


Miasta są. Kilka. Zawsze było ich mało. Mity o zniszczeniu miast przez Czerwonych Khmerów były mitami. Wyrzucenie ludzi z miast już nie. Zabijanie ludzi w okularach, jako intelektualistów, ludzi skażonych systemem imperialistycznym, również było nadużyciem, ale niekoniecznie kłamstwem. Drogi już są. Również kilka. Przejezdne. Regularne linie autobusowe przewiozą po tych drogach każdego, kto ma od kilku do kilkudziesięciu dolarów. Całkiem drogo, patrząc na sąsiedni Wietnam. Ale wygodnie i nieprzyzwoicie punktualnie, jak na kraj o którym myślało się, że jest na krawędzi nieistnienia.


Do Siem Reap, miasta noclegowni pod kompleksem świątyń Angkor, też można dojechać autobusem. W drodze obrazki z Czasu Apokalipsy. Za dużo filmów i stereotypów. Śmigłowce nie nadlatują, niebo jest czyste, pola ryżowe również, być może najeżone minami i niewybuchami. Ale z autobusu nie można tego dostrzec. Droga jest bezpieczna. Siem Reap też bezpieczne, z burdelami dla turystów, podziwiających piękno świątyń Angor i kambodżańskich (a może wietnamskich) dziewczyn, z uliczkami prosto z południowej Hiszpanii i pizzy prosto z pieca. W Kambodży rządzi pieniądz, zrobi się bardzo wiele, za wielkie i niewielkie pieniądze. Głównie te drugie.


Angkor, stare państwo Khmerów, kompleks świątyń, będący chlubą i zgubą królestwa. Teraz jest ważnym źródłem finansowania budżetu państwa. Albo innego budżetu. Znaczną część pieniędzy pobiera prywatna spółka nadzorująca świątynie, jeszcze większa wpada do kasy ministerstwa kultury, czyli – jak mawiają złośliwi i opozycja polityczna – w prywatne ręce rządzących polityków i ludzi powiązanych z nimi. Około dziesięciu procent trafia bezpośrednio na renowację Angkor. Kompleks stanowi główny cel podróży setek tysięcy turystów. Często jedyny cel. Gratka dla fanów Angeliny Jolie. Gratka dla fanów Lary Croft. Świątynia Ta Prohm z kompleksu Angkor odegrała ważną rolę w życiu bohaterki Tomb Rider. I w życiu wielu zwiedzających, skoro gnają przez pół świata dla tego miejsca. Trochę nudno, niby różnie, ale jakoś podobnie. Kamienie, turyści, wielu, zachwyceni, awsome, mniszki częściej z pieniędzmi w rękach niż z kadzidłami. Ciekawsze są dzieciaki. Zabawne, odważne, inteligentne. Piękne. Nie można się zdecydować. Kupić kolejne kartki pocztowe albo koraliki, czy dziecko, które je sprzedaje? Kupić tylko to dziecko, czy całą dzieciarnię? Ucieczka do następnej świątyni, pogoń za kolejną. Tam też turyści, dzieciaki i zespół muzyczny. W składzie ofiary min lądowych.


Ofiary min lądowych spotyka się często. Sprzedają głównie książki i grają na instrumentach. Pracują. Wszyscy pracują. Niektórzy w celu zmniejszenia liczby ofiar min lądowych i niewybuchów**, którymi Kambodża jest usiana.


A wszyscy siali. Amerykanie pozostawili tysiące niewybuchów, wojska Lon Nola walcząc z antyrządową partyzantką Czerwonych Khmerów i Czerwoni Khmerzy walcząc z Lon Nolem swoje również podłożyli. Ogromną liczbę min przytargali Wietnamczycy, którzy przegonili w końcu Pol Pota pod granicę z Tajlandią. Na jednym kilometrze pasa pola minowego, które armia wietnamska zasadziła w latach 80-tych, doliczono się 2400 min. A pas ten ma długość ponad tysiąca kilometrów.


Tablica Cambodian Mine Action Centre niedaleko wzgórza Phnom Kulen

Tablica Cambodian Mine Action Centre niedaleko wzgórza Phnom Kulen
fot. archiwum autora


Angkor rozminowano jakiś czas temu. Wszędzie widać tablice z informacjami kiedy, ile min, na jakim terenie i przy pomocy jakiego państwa rozminowano dany teren. Szereg organizacji sprząta bałagan sprzed lat***. Khmerowie również, także byli czerwoni Khmerzy, także byłe dzieci-żołnierze. Bo nie wszyscy byli kanaliami, większość była dobra, tylko naiwna. Później głodna i zastraszona. Zawiedziona i oszukana. Zapewne również Aki Ra, założyciel i dyrektor Muzeum min lądowych i centrum pomocy w Kambodży. Wcześniej członek Czerwonych Khmerów, w oddziałach których, jako sześcioletnie dziecko, podkładał miny. Muzeum mieści się niedaleko kompleksu Angkor. Jedna świątynia mniej, może dwie i można zetknąć się z najnowszą historią Kambodży, ciągle żywą, mającą cały czas bezpośredni wpływ na funkcjonowanie kraju, życie zwykłych ludzi.


Prawdopodobnie warto zajechać do muzeum. My przegapiliśmy okazję, wybraliśmy się o jedną świątynię za daleko. Być może poznalibyśmy dyrektora muzeum, byłego dziecięcego żołnierza, bohatera filmu dokumentalnego A perfect soldier o nim samym. Szkoda, bo Kambodża to ludzie właśnie, doświadczeni życiem w jednym z najgorszych systemów politycznych XX wieku, ale niezwykle przyjaźni i pokorni. Piękni ludzie.


* Peter Froberg Idling, Uśmiech Pol Pota, Wydawnictwo Czarne, 2010, str. 87
** W 2009 roku w Kambodży, na skutek eksplozji miny bądź niewybuchu, zginęło 47 osób, 197 zostało rannych. Landmine & Cluster Munition Monitor: Cambodia, Landmine & Cluster Munition Monitor, http://www.the-monitor.org/index.php/cp/display/region_profiles/find_profile/KH/2010
*** Największą organizacją w Kambodży jest Cambodian Mine Action Centre, www.cmac.gov.kh


rso196


środa, 3 listopada 2010
Nima Elbagir, CNN, 21 października 2010

Dzieci żołnierze walczą ze swoimi koszmarami w ośrodku rehabilitacyjnym w Demokratycznej Republice Kongo

Bukavu, Demokratyczna Republika Kongo – Tę wojnę nazywa się zapomnianą wojną a dzieci jej zapomnianymi ofiarami.

Kongijska kobieta schodzi w dół wioski Luvungi

Kongijska kobieta schodzi w dół wioski Luvungi, 3 września 2010 roku. W lipcu wieś została zaatakowana przez rebeliantów z plemienia Hutu, należących do Demokratycznych Sił Wyzwolenia Rwandy (FDLR) i lokalne milicje. W ramach kary za wspieranie Kongijskich Sił Obrony (FARDC), napastnicy zgwałcili 280 mieszkanek Luvungi.
fot. AFP/GETTY


W szalejącym w Kongo konflikcie, dzieci wpadają w pułapkę sprawcy i ofiary. W Bukavu stolicy prowincji Południowe Kivu, uczniowie w skupieniu pochylali się nad zeszytami, ale nie ćwiczyli pisania czy arytmetyki. Rysowali traumatyczne sceny z ich przeszłości, takie jak ataki na wioski i ich ostrzał. A niektóre z dzieci do bardzo niedawna same używały broni.

ONZ szacuje, że setki tysięcy dzieci w DRC walczy w grupach zbrojnych, wiele sierot było i nadal jest zmuszanych do dołączenia do działających ponad prawem bojówek, które spustoszyły tę część Konga.

Zajęcia rysowania odbywają się w ramach centrum rehabilitacyjnego, sponsorowanego przez UNICEF, gdzie pracuje się nad tym, aby pokazać dzieciom uczestniczącym w brutalnym konflikcie że mają prawo do spokojnej przyszłości. CNN zaproszono, aby sfilmowała centrum rehabilitacyjne w celu podniesienia świadomości o trudnej sytuacji dzieci, których życie zostało wywrócone do góry nogami przez konflikt.

Casoret Jimmya jest ostatnio przyjętym dzieckiem. Mówi, że dołączył do rebeliantów kiedy miał 12 lat ,po tym jak zabito jego brata. – Kiedy mój brat został zabity prze lokalną milicje, wiedziałem że muszę dołączyć do grupy zbrojnej, to była jedyna droga by się chronić. – Jimmya spędził ostatnie 5 lat przenosząc się z bojówki do bojówki. Ale po skradzionym przez walkę dzieciństwie, uciekł. – To życie pełne walki i śmierci, wydaje się życiem innej osoby, ja nawet nie pamiętam wszystkich rzeczy które robiłem, całego zabijania. Chcę normalnego życia. Chcę się uczyć. Dlatego gdy usłyszałem o centrum, przyszedłem.

Ale nie chodzi tylko o dzieci. Pappi, który jest nauczycielem w centrum i dokładnie wie, przez co przechodzą chłopcy, gdy tu przyjeżdżają. Dziewięć lat temu oboje jego rodziców zostało zabitych w ataku na ich wioskę, wtedy on także został dzieckiem-żołnierzem.

Mając 14 lat byłem dzieckiem żołnierzem, teraz jestem na uniwersytecie. Dużo się uczę. Chce zostać obrońcą praw człowieka. Wszystkie te rzeczy mówię dzieciom, ponieważ chce żeby wiedziały, że jest dla nas szansa by wrócić do normalnego społeczeństwa. Chce żeby wiedziały, że mogą normalnie żyć.

Po drugiej stronie miasta, w innym oddziale centrum, znajdują się ofiary dzieci-żołnierzy – porzucone dzieci znalezione po atakach na wioski. Ich rodzice zaginęli, nie żyją lub są jeszcze za bardzo przestraszeni, aby wyjść z ukrycia. Zarkayo ma trzy lata. Kongijscy żołnierze przyprowadzili go po tym, jak przegnali rebeliantów z plądrowanej wioski. Nie jest pewne czy jego rodzice żyją. Zarkayo powiedział pielęgniarce w Centrum jak się nazywa, ale od tamtej pory nie odezwał się ani razu.

Gdy podchodzimy zrobić zdjęcie, trzyma się kurczowo swojego opiekuna. Ma siwiejące włosy i nabrzmiały brzuch, oznaki dotkliwego niedożywienia. Żołnierze robili wszytko, co w ich mocy, by go nakarmić, ale nie wiedzieli jak długo leżał sam, głodny, zanim kongijska armia przyjechała. Simily Valerie, lekarka pracująca w Centrum, powiedziała, że historia Zarkayo jest podobna do historii wielu innych dzieci. – Kiedy do nas przyjeżdżają na początku jest bardzo źle, ale dajemy im mleko i obdarzamy miłością i powoli zaczyna być coraz lepiej.

Robią dokładnie to samo również w stosunku do dzieci-żołnierzy. – Wszystkie dzieci maja syndrom porzucenia – mówi psycholog Rahima Choffy. – Wszystkie dzieci, które tutaj są, muszą nauczyć się znowu ufać, pomagamy im w tym okazując miłość oraz łamiąc granice między nimi samymi oraz między nami a nimi.

Wiedzą, że walczą przeciwko trwającej fali przemocy, wiedzą także, że niektóre dzieci ponownie podniosą broń. Ale dyrektor Centrum Murhabazi Namegebi mówi, że nie pozwoli by go to zniechęciło. Pracujemy z dziećmi, pracujemy z grupami zbrojnymi oraz z rządem. W taki sposób buduje się pokój od wewnątrz społeczeństwa. Sześć tysięcy dzieci-żołnierzy przewinęło się przez Centrum, od kiedy je otworzyliśmy 20 lat temu. Dzieci wracają do swoich wiosek i mówią innym dzieciom noszącym broń, że to nie jest dobra droga. I tak krok po kroku pokój nastąpi.

tłumaczenie_Magda Małkowska


czwartek, 28 października 2010
Oliver Holmes, Time, 29 września 2010

Dzieci wojny Jemenu: przyszli bojownicy?

Sześcioletnia wojna w północnym Jemenie spowodowała, że istnieje dziś pokolenie dzieci, które nie znają innego życia niż to w czasach wojny. Podczas, gdy całe rodziny uciekają z północy kraju, chroniąc się przed walkami i przemocą, koszmarne wspomnienia ciągłych nalotów i bombardowań, powszechnego wykorzystywania dzieci jako żołnierzy i widok martwych ciał stale prześladują dzieci. Dzieci stanowią około 60% blisko 300 000 uchodźców mieszkających w obozach tymczasowych. Jaką wizję są oni w stanie stworzyć na nadchodzące lata dla narodu, który, jak uważa wielu, jest centralnym ogniskiem regionalnego i globalnego bezpieczeństwa?

Przesiedlone dzieci uczęszczają do szkół niedaleko obozu al-Mazraq, prowincja Sa'ada w północno-zachodnim Jemenie.

Przesiedlone dzieci uczęszczają do szkół niedaleko obozu al-Mazraq, prowincja Sa’ada w północno-zachodnim Jemenie.
fot. Khaled Abdullah, Reuters


Popołudniowe słońce przypomina dojrzałą pomarańczę. Mali chłopcy grają w siatkówkę pośród kurzu na boisku szkolnym na przedmieściach miasta Amran, które jest pierwszym przystankiem na drodze wielu uchodźców uciekających z sąsiadującej prowincji Sa’ada. W jednej z ciemnych sal szkolnych, dzieci uchodźców w wieku 2-15 lat biegają pośród krzyków i zabawy. Niektóre dzieci siedzą na podłodze i grają w szachy, w grę, która, jak twierdzą wolontariusze, koi ich nerwy i pomaga im oderwać myśli od horroru, jakiego doświadczyli. Ale w kącie, w ciszy, siedzą skulone trzy małe siostry, które zdają się nie słyszeć hałasu wokół nich. Wlepiając wzrok w podłogę, myślą nadal o swoim domu daleko w Sa’ada.


Niektóre dzieci przestały mówić – relacjonuje Nadia Yahya, nadzorująca psychoterapeutka, która pracuje z UNICEF’em nad projektem, mającym na celu stworzenie miejsc przyjaznych dzieciom, takich jak szkoła, gdzie dzieci uchodźcy mogłyby zacząć wracać do normalności. – Jeśli nie chcą mówić, zachęcamy je najpierw do zabawy z nadzieją, że w końcu zaczną mówić. Kiedy tak się dzieje, mówi Yahya, większość z nich opowiada o martwych ciałach leżących na ulicach, o czołgach. Dzieci potrafią wymienić nazwy wszystkich rodzajów broni i nazwać poszczególne części składowe AK047, granatników RPG czy karabinów. Dzieci ze szczegółami opowiadają o swoich doświadczeniach, nie kryją emocji, krzyczą kiedy wspominają fragmenty ciał znalezione w pobliżu swych domów. Młodsze dzieci mówią o błyskach na niebie, a potem o krwi.


Największym problemem, jak mówi Yahya, jest przemoc – niektóre dzieci biją, gryzą i kopią, kiedy próbuje się do nich podejść. Dla wielu dzieci z Sa’ada przemoc była wszechobecna podczas ich całego życia. Rząd centralny z siedzibą w stolicy Sana’a od 2004 roku toczy przerywaną wojnę z rebeliantami Huthi, grupą Zaidi Shi’a, która oskarża Sana’a o marginalizację religijną, polityczną i społeczną. Arabia Saudyjska włączyła się w ten konflikt w listopadzie po tym, jak rebelianci zabili saudyjski patrol graniczny. Arabia Saudyjska odpowiedziała serią uderzeń lotniczych i bombardowań artyleryjskich. W sierpniu badanie UNICEF’u wykazało, że jedno na dziesięcioro dzieci uchodźców doznało obrażeń w wyniku walk pomiędzy tymi dwoma stronami konfliktu i doświadczyło wysokiego poziomu stresu psychospołecznego. Połowa badanych dzieci cierpi na objawy depresji, 30% cierpi na poczucie utraty nadziei. Kiedy spytać je, czy cieszy je życie w Amran, 12-letni Ibrahim Ahmed z Sa’ada nie chce rozmawiać o swym nowym życiu. Jego myśli nadal krążą wokół tego starego.


Nasz kraj jest zdewastowany – mówi z rezygnacją. – niech Allah przeklnie Hutih. Rząd i rebelianci podpisali rozejm w lutym, by zakończyć sześcioletni okres wojen, pod kryptonimem Operacja Wypalona Ziemia,.Ale w lipcu walki rozgorzały na nowo po tym, jak stojące po stronie rządu plemiona Hutih starły się, przenosząc granicę południową z Sa’ada do Amran i grożąc rozpoczęciem siódmej rundy walk wojennych. Mieszkańcy Amran mówią, że plemiona Hutih chcą przenieść konflikt właśnie tutaj, bo dostęp do broni jest niemalże nieograniczony. Na targu broni w starej części Amranu, diler broni wystawia karabiny. W domu, jak mówi, ma magazyn z bazukami, granatami i bronią przeciwlotniczą – wszystko schowane wśród kurzu w swojej piwnicy.


Nawet Huthi są zaniepokojeni psychologicznym stresem, na jaki narażone są dzieci w rejonie walk. Kiedy przedstawiciel UNICEF’u w Jemenie Geert Cappelaere spotkał się z przedstawicielami rebeliantów, powiedzieli mu, że ich największym zmartwieniem jest ciężki stan dzieci. W całej swojej karierze nigdy czegoś takiego wcześniej nie słyszałem – mówi Cappelaere, który pracował już w strefach działań wojennych. – To naprawdę otwiera człowiekowi oczy. Iman Suleman, 18-letni uchodźca, który jest wolontariuszem w strefach przyjaznych dzieciom mówi, że dzieci mają koszmary i kiedy tylko słyszą samolot albo nawet pobliską fabrykę zaczynają krzyczeć. Suleman i jego koledzy rozdają dzieciom kredki i papier, ale tak, jak dzieci w Darfurze, rysują one to, co przeżyły. Dzieci nie potrafią przestać rysować krwi ,wzdycha.


Ale stres psychospołeczny to nie jedyny problem. Przymuszanie dzieci do pracy, handel dziećmi, wystawianie ich na pola minowe i niewybuchy oraz problem dzieci-żołnierzy były wielokrotnie odnotowywane pośród dzieci uchodźców i ich opiekunów. Liczba dzieci, które widziały jak giną ludzie, jest przerażająca. Oczywistym jest, że wszystkie strony konfliktu: Huthi i plemiona sympatyzujące z rządem, wykorzystują dzieci-żołnierzy, mówi Cappelaere. Podczas, gdy młodzi chłopcy opuszczają domy, by walczyć, małe dziewczynki z Sa’ada oddaje się w ożenek. Nawet w spokojnych regionach Jemenu małżeństwa dzieci są powszechne, zwłaszcza w rejonach rolniczych, gdzie biedni rodzice postrzegają małżeństwo jako formę bezpieczeństwa finansowego dla swoich dzieci. Niektóre dziewczynki są wydawane za mąż gdy mają zaledwie 8 lat. W Sa’ada niepewność uchodźców i wojna oznaczają, że rodziny oddają swe dziewczynki za mąż w coraz młodszym wieku, obawiając się, że ojcowie i bracia – główni żywiciele rodziny – mogą odejść by walczyć i nigdy nie wrócić. Lekarze w Sa’ada podają, że pośród rodzących 30% stanowią dziewczynki poniżej 15 roku życia. Z 85% analfabetyzmem pośród uchodźców można usłyszeć historie o młodych matkach karmiących swe miesięczne dzieci Pepsi lub 7Up.

tłumaczenie_Paulina Witomska


piątek, 22 października 2010

Wielkie potrzeby, wielka wyprzedaż

W marcu opublikowaliśmy reportaż naszej koleżanki Beaty Dolińskiej o jej pobycie w Sierra Leone i wolontariacie w Rhema Preparatory School. Wtedy też pojawił się pomysł finansowego wsparcia placówki, o które poprosiła nas autorka.

Dzięki wsparciu poznańskiego klubu Kisielice, zebraliśmy już trochę grosza. Teraz przyszedł czas na kolejny etap.
Wielkie potrzeby, wielka wyprzedaż, 3.11.2010, cafe miesna, garbary 62, poznan

Wielkie potrzeby, wielka wyprzedaż,
3 listopada 2010, godz. 19.00, Cafe Mięsna, Garbary 62, Poznań
proj.rso196

3 listopada, od godziny 19.00, prowadzona będzie wyprzedaż specjalnie dobranych, pozostawionych w klubach Cafe Mięsna i Kisielice: płaszczy, kurtek, bluzek, okularów, staników, obrazów, sprzętu AGD i innych skarbów. Nabyć będzie można również przypinki małych żołnierzy i książki z antologią poezji i opowiadań Daj Słowo.
Dochód z wyprzedaży zostanie przeznaczony na pomoc w edukacji dzieci z Rhema Preparatory School, mieszczącej się we Freetown, stolicy Sierra Leone.
Zapraszamy serdecznie. Tym bardziej, że wstęp na wyprzedaż jest bezpłatny. Ale dokładnie w tym samym miejscu i tym samym czasie, w piwinicy Cafe Mięsna, będzie można obejrzeć występ dwóch zespołów. Pierwszy z nich to Masturbator, oddany kwestii praw człowieka, zawsze pomagający nam zespół z wielu zakątków Polski. Drugi natomiast – Gun Outfit – to goście klubu prosto z USA.
Wielkie potrzeby, wielka wyprzedaż, 3.11.2010, cafe miesna, garbary 62, poznan


, 22 października 2010
Portal Spraw Zagranicznych, 27 lipca 2010

Czy Bundeswehra szkoli w Somalii nieletnich żołnierzy?

Niemiecki rząd nie wyklucza, że Bundeswehra szkoli w Somalii nieletnich żołnierzy. Informuje o tym dziennik Frankfurter Rundschau, powołując się na dokument Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Berlinie.

Niemieccy żołnierze w Somalii w ramach misji ONZ.

Niemieccy żołnierze w Somalii w ramach misji ONZ.
fot. canadaspace.com


Niemiecki MSZ odpowiedział na interpelację deputowanych Lewicy. Ministerstwo stwierdza w swoim piśmie, że odpowiedzialność za wybór rekrutów w Somalii spoczywa na tamtejszym Tymczasowym Rządzie Federalnym. Werbowanie i szkolenie wojskowe dzieci i nieletnich jest sprzeczne z prawem międzynarodowym.


Niemcy uczestniczą w misji Unii Europejskiej, która ma pomóc somalijskiemu rządowi w stabilizacji kraju, pogrążonego od lat w wojnie domowej prowadzonej przez plemienne frakcje. Somalijskich żołnierzy i policjantów szkoli około 20 inspektorów niemieckiej armii.


Deputowanych Lewicy niepokoi nie tylko możliwość szkolenia dzieci przez Bundeswehrę, ale również brak kontroli nad już przeszkolonymi rekrutami. Lewica powołuje się na statystyki, z których wynika, że spośród 17 tysięcy somalijskich żołnierzy, przeszkolonych w ramach unijnej misji w latach 2006-2008, tylko 3 tysiące trafiło do szeregów armii Tymczasowego Rządu Federalnego. Wielu pozostałych przeszło na stronę rebeliantów.


Według danych ONZ, w walkach w Somalii bierze udział 70 tysięcy dzieci i nieletnich.


środa, 6 października 2010
Imogen Foulkes, BBC News , 15 września 2010

ONZ ostrzega przed niebezpieczeństwem czającym się w obozach dla uchodźców

Specjalny wysłannik ONZ zwraca uwagę na fakt, że obozy dla wysiedlonych są jednymi z najbardziej niebezpiecznych miejsc dla dzieci, które doświadczyły grozy wojny.


Wiele dzieci, podczas apogeum konfliktu w Darfurze, uciekło z Sudanu do Czadu

Wiele dzieci, podczas apogeum konfliktu w Darfurze, uciekło z Sudanu do Czadu.
fot. AFP


Radhika Coomaraswamy, autorka raportu na temat obozów, przygotowanego dla Rady Praw Człowieka ONZ zwróciła uwagę na brak opieki i ochrony dzieci. Dzieci, według Coomaraswamy, są szczególnie narażone na wykorzystywanie seksualne i mogą być łatwo wcielone do organizacji zbrojonych. W takich obozach żyją tysiące dzieci w Sudanie, Czadzie oraz w Republice Demokratycznej Konga.

Dzieci znalazły się w tych obozach uciekając przed wojną, z nadzieją, że znajdą w nich bezpieczeństwo, ale obozy te często nie są bezpiecznym miejscem, mówi Coomaraswamy. Podczas przygotowywania raportu dla Rady Praw Człowieka Coomaraswamy odwiedziła kilka obozów, między innymi w Sudanie i regionie Darfuru.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy to fakt, że te obozy są niebezpieczne. Można tam spotkać dzieci – ofiary przemocy seksualnej – które zostały skrzywdzone w chwili, kiedy poszły po drewno do lasu czy do łazienki. Dlatego więc te miejsca są dla nich niebezpieczne. Po drugie, obozy to miejsca bezczynności. Zdarzają się sytuacje, kiedy dzieci są werbowane przez organizacje zbrojne i wiele dzieci zostało de facto zwerbowanych przez jedną z takich organizacji.

W rzeczywistości, obozy to dzisiaj miejsce, które grupy militarne traktują jak targ, na którym wybierają dzieci, by wcielić je w swe szeregi. Głównym powodem niedostatecznej ochrony dzieci jest brak podstawowych norm, które obowiązywałyby w takich obozach. Niektóre obozy są prowadzone przez ONZ, inne przez agencje pomocowe, a jeszcze inne podlegają rządom krajów, na terenie których się znajdują. Niektóre z nich mają na swym terenie szkoły, podczas gdy inne nie.

Pierwszym krokiem do zapewnienia bezpieczeństwa wysiedlonym dzieciom, jest przynajmniej zagwarantowanie wszystkim im dostępu do regularnej edukacji, by móc utrzymać je z dala od grup zbrojnych i by wyposażyć je w takie umiejętności, dzięki którym będą mogły rozpocząć swe życie na nowo.

tłumaczenie_Paulina Witomska


poniedziałek, 4 października 2010
Kyaw Kha, mizzima.com , 28 sierpnia 2010

Odziały wojskowe straży granicznej przyjmują dzieci z DKBA

Chiang Mai (Mizzima). Co najmniej 40 dzieci-żołnierzy dołączyło do szeregów nowych sił granicznych birmańskiego reżimu, po tym, jak w zeszłym miesiącu pewna liczba batalionów Demokratycznej Armii Buddyjskiej Karenów (Democratic Karen Buddhist Army – DKBA) przeszła pod komendę junty wojskowej, ujawnił dziś jeden z żołnierzy.


dzieci-zolnierze w armii birmanskiej

Dziecko-żołnierz z naszywką armii birmańskiej, Kyaukpadaung, środkowa Birma.
fot. Mizzima


W przeszłości były żołnierzami DKBA ale teraz stały się żołnierzami Odziałów Wojskowej Straży Granicznej (Border Guard Forces – BGF) – powiedział Mizzima żołnierz głównego biura BGF.Z tego co wiem, było około 40 dzieci w 999 Brygadzie i w samym batalionie Kalohtoobaw, dodał.

Niektórzy oficerowie i żołnierze z DKBA (w której szeregach było ponad 7000 żołnierzy) zrezygnowali, przeszli na emeryturę, inni dołączyli do szeregów BGF. Szacuje się, że około 1000 ludzi DKBA odrzuciło propozycje dołączenia do sił junty.

Były żołnierz DKBA z 7 batalionu z 999 Brygady powiedział: Priorytetem sił jest przyjmowanie młodych osób. Niektórzy mają około 16 lat, ale wyglądają na starszych niż 20. Niektóre dzieci były zmuszone, by dołączyć do DKBA, a niektóre dołączyły z własnej woli.

DKBA rekrutowało dużo dzieci żołnierzy – powiedział Aung Myo Min, dyrektor Birmańskiego Instytutu Edukacji Praw Człowieka (Human Rights Education Institute of Burma – HREIB), mającego siedzibę w Tajlandii.

Odkąd DKBA podlega władzy junty, uporanie się ze sprawą dzieci-żołnierzy stało się obowiązkiem Państwowej Rady do spraw Pokoju i Rozwoju (State Peace and Development Council – SPDC). Jeżeli rzeczywiście chce wyeliminować kwestię dzieci-żołnierzy, to nie może pozwalać na przyjmowanie dzieci żołnierzy do BGF, powiedział Aung Myo Min.

SPDC … powinna dać tym dzieciom natychmiastową pomoc i odesłać je do domu. Junta ma obowiązek nie przyjmować dzieci do Oddziałów Wojskowych Straży Granicznej, dodał.

Aung Myo Min powiedział, że w 1992 roku Birma podpisała Konwencję o Prawach Dziecka ONZ. Jeżeli Birmańska Armia lub BGF wykorzystują dzieci-żołnierzy, mogą być oskarżone o jej złamanie.

W styczniu 2004 roku junta utworzyła, w kooperacji z ONZ, komitet zapobiegający militarnej rekrutacji nieletnich. Jednak od tamtej pory obserwatorzy i niektóre raporty ONZ stwierdzają, że komitet nie podjął żadnych działań, a Birmańska Armia nadal rekrutuje dzieci-żołnierzy. Międzynarodowa Organizacja Pracy (ILO) donosi o powszechnych przypadkach porwań dzieci, wykorzystywanych następnie w celach rekrutacji.

tłumaczenie_Magda Małkowska


wtorek, 28 września 2010
mf/eo/mw, IRIN, 9 września 2010

Dzieci-żołnierze z południowego Sudanu potrzebują większych możliwości

Juba, 9 września 2010 (IRIN) – południowosudańska obietnica pozbycia się wszystkich dzieci ze swych szeregów do listopada musi być wparta kompleksową strategią, zapewniającą im szanse w życiu cywilnym, twierdzą analitycy.


Dzieci-żołnierze z Sudanu

Dzieciom-żonierzom należy pokazać alternatywy, zanim opuszczą armię.
fot. Stolen Childhood


Ludzie, nawet dzieci, potrzebują alternatywy – powiedział Obwaha Claude Akasha, dyrektor naczelny operacji w południowo-sudańskiej Komisji Rozbrojenia, Demobilizacji i Reintegracji (DDR) – wiele dzieci wstąpiło do wojska, bo rodzice nie mogli ich utrzymać. Tym dzieciom trzeba pokazać, że lepiej być poza armią, niż w niej.

Po uruchomieniu, 30 sierpnia w Jubie, w Południowosudańskiej Armii Ludowej (SPLA) Jednostki Ochrony Dzieci, generał James Hoth Mai, szef sztabu, powiedział, że armia wykonuje swoją część zadania, by pozbyć się dzieci ze swych szeregów. Jednocześnie ostrzegł że, zdemobilizowane dzieci mogą powrócić do koszar, jeśli alernatywy życia poza armią nie będzie albo będą niewystarczające.

To co teraz robimy to praca społeczna, opieka społeczna. Zajmujemy się dziećmi i starszymi ludźmi. – powiedział Mai członkom społeczności międzynarodowej pracującym w Komisji Rozbrojenia, Demobilzacji i Reintegracji w południowym Sudanie – Płaczemy, bo wy nam pomagacie zabierając z armii tę kategorię żołnierzy.

Skuteczna demobilizacja, dodał, to ogromne zadanie, do którego wojsko i społeczność międzynarodowa muszą się przygotować. Konkretne kroki muszą zostać podjęte, by mieć pewność, że wszyscy w SPLA zrozumieją i dotrzymają zobowiązań, powiedziała Catherine Mbegue z UNICEF.


Wsparcie rodziny
Pośród innych potrzeb, zdemobilizowane dzieci-żołnierze wymagają wsparcia instytucji oraz rodzin – powiedział Samuel Manyok, inspektor UNICEF ds. ochrony dzieci. W rezultacie programy opieki społecznej wspierające społeczności, do których powróciło wiele dzieci-żołnierzy, powinny być całościowe i kierowane nie tylko i wyłącznie do byłych żołnierzy, dodał. Tymczasowe wsparcie przesiedleńcze dla byłych żołnierzy składa się z zapomogi finansowej w wysokości 320 dolarów, rzeczy oraz bonu pozwalającego wyżywić pięcioosobową rodzinę przez trzy miesiące, ale wymaga się od nich, by powrócili do domów, lub miejsc, w których pragną się osiedlić, na własny koszt.

Kiedy kończy się zasiłek i jedzenie, samo dziecko może poczuć presję, by powrócić do wojska i zapewnić w ten sposób byt rodzinie – dodał Manyok.

Armie południowego i północnego Sudanu zobowiązały się zdemobilizować 90 tysięcy żołnierzy każda, co jest największą z akcji DDR na świecie. Już sam program dla dzieci jest ambitny, biorąc pod uwagę, że nawet samo ustalenie liczby dzieci-żołnierzy jest trudne. Ostatnie szacunki UNICEF podają liczbę 900, ale rzecznik prasowy SPLA, Kuol Deim Kuol powiedział, że jest ich 100.

Według danych Światowego Raportu dot. Dzieci-żołnierzy z 2008 roku, szacuje się, że 20 tysięcy dzieci zostało zdemobilizowanych z SPLA w latach 2001-2006. Podczas, gdy one wróciły do rodzin i społeczności, uważa się, że 2 tysiące dzieci nadal pozostaje związanych z SPLA , głównie poza polem bitwy i w odległych rejonach.

Niektóre dzieci znalazły się w SPLA dołączając z innych grup zbrojnych, które sprzymierzyły się z armią i przyprowadziły dzieci ze sobą po podpisaniu ustaleń pokojowych, które zakończyły konflikt pomiędzy północą a południem w 2005 roku, powiedzieli przedstawiciele komisji DDR.


Złożona sprawa
Biuro Specjalnego Reprezentanta ONZ ds. Dzieci w Konfliktach Zbrojnych zauważa, że reintegracja dzieci w sytuacjach konfliktu zbrojnego, to kompleksowa i długoterminowa propozycja. W Sudanie, który jest w stanie wojny przez większość swojej niepodległej historii, czyli od 1956 roku, to tylko częściowa prawda.

Na przykład edukacja dla zdemobilizowanych dzieci jest problemem, ponieważ w południowym Sudanie nie ma wystarczającej liczby szkół. A nawet jeśli są, wielu rodziców nie jest w stanie ponosić opłat za szkołę swoich dzieci, kiedy te wracają z wojska. – powiedział Manyok IRIN.

Komisja DDR prowadzi centra reintegracyjne, wyposażone w warsztaty szkoleniowe, w czterech z dziecięciu stanów, ale nie zawsze są one atrakcyjne dla zdemobilizowanych dzieci. W rezultacie, Akasha oznajmił IRIN, przypadki zdemobilizowanych dzieci, które w ten sposób nauczyły się nowych umiejętności, są rzadkie.

Według Small Arms Survey, szanse na alternatywne zatrudnienie są ograniczone na terenach wiejskich, głównie ze względu na kiepską infrastrukturę: nie ma zbyt wielu dróg i środków transportu, brakuje elektryczności, instytucji finansowych i inwestycji.

Wielu byłych żołnierzy podkreśla, że zasługują na zasiłki, szacunek i status w społeczeństwie – Survey poinformowało w lipcowej gazecie – powrót do swoich wiosek bez żadnych bogactw lub regularnych dochodów i bycie obciążeniem dla rodzin zamiast być wsparciem, obniża ich samoocenę.

Dodano jednak, że wysokie wymagania byłych żołnierzy dotyczące rekompensaty za wysiłek wojenny, nie spotkają się raczej ze zrozumieniem, jako że społeczności, do których wracają, są równie biedne.

19 lipca Sekretarz Generalny Narodów Zjednoczonych, Ban Ki-moon powiedział, że pomimo wysiłków podejmowanych w celu zidentyfikowania i przeprowadzenia spisu dzieci-żołnierzy do demobilizacji, ich liczba pozostaje znaczna. Dodał także, że ryzyko związane z demobilzacją wzrastającej liczby byłych żołnierzy bez odpowiednich programów reintegracyjnych, może powodować poważne obawy o bezpieczeństwo.

tłumaczenie_Agata Basińska


poniedziałek, 27 września 2010
Hussein Moulid Bosh, The New American, 20 sierpnia 2010

Młodzi Somalijczycy: sprzedani by być żołnierzami

Ataki terrorystyczne, samobójcze ataki bombowe oraz trwająca przemoc nadal mają miejsce w Rogu Afryki – Somalii. Co sprawia, że młodzi Somalijczycy angażują się w takie okrucieństwo, co ich napędza, jakimi zasadami się kierują?


Żołnierze al-Shabaab

Żołnierze al-Shabaab.
fot. www.As-Asnar.com


Niektórzy są pod wpływem narkotyków, inni przeszli pranie mózgu a niektórzy są opłacani kilkoma dolarami za każdy miesiąc walk.

Dzieci-żołnierze są często wysyłane na pierwszą linię frontu, służą jako ludzkie wykrywacze min, uczestniczą w atakach samobójczych oraz działają jako szpiedzy, posłańcy czy seksualni niewolnicy. Wykorzystywanie dzieci jako żołnierzy wciąż wzrasta w Somali, a szkoły są wykorzystywane jako centra rekrutacyjne.

Większość Somalijczyków boi się mówić otwarcie na temat rekrutowania dzieci-żołnierzy, a Ci którzy zdecydują się na to, wysyłają swoje dzieci poza granice kraju dla ich bezpieczeństwa.

Setki małoletnich somalijskich dzieci jest rekrutowana i szkolona na południu kraju przez al-Shabaab, somalijską rebeliancką frakcję obejmującą radykalną formę islamu, podobną do ostrej, konserwatywnej odmiany praktykowanej przez reżim afgańskich Talibów.

Jego bojownicy, liczący ponad kilka tysięcy, walczący z osłabionym somalijskim rządem, zostali skategoryzowani przez USA i inne kraje zachodnie jako grupa terrorystyczna powiązana z al-Qaedą.

Ta grupa rebeliantów prawdopodobnie wykorzystuje młodych Somalijczyków do terroryzowania regionu i płaci im po 50 dolarów za każdy miesiąc walk.

Piętnastoletni Mohammed Ismail Hassan uciekł do sąsiedniej Kenii po tym, jak został siłą wcielony przez al-Shabaab, do Ceeldhere w centralnym dystrykcie Somalii. Opowiedział The New American o swoich przejściach w rękach grupy terrorystów.

„Było to rok temu, kiedy zostałem zrekrutowany do al-Shabaab. Było nas około dwudziestu. Nasz nauczyciel Koranu przekonywał nas, że gdy Etiopczycy opuszczą nasz kraj, Somalia będzie w rękach islamskiego rządu, więc my młodzi jesteśmy bardzo potrzebni by go bronić. Ale po paru miesiącach zrozumiałem, że walczyłem przeciwko Somalijczykom w każdej bitwie. Ilekroć zapytałem, dlaczego walczymy z naszymi braćmi, nasz dowódca Amir odpowiadał: oni zdradzili Islam i walczą dla wrogów Allaha.

Zanim udało mi się uciec z grupy, walczyliśmy z siłami lojalnymi Ahmedowi Islam (wysoki oficjel Hisbul Islam) w Dhobley (somalijskie południowe miasto graniczne). Pokonaliśmy ich, więc postanowiłem uciec z resztkami pokonanego ugrupowania do punktu granicznego i tam dołączyć do setek Somalijczyków, czekających na wpuszczenie do Kenii”.


Przed jego ucieczką Somalijscy i zagraniczni instruktorzy pokazywali dzieciom-żołnierzom jak używać broni i przygotowywać zasadzki. Chłopiec powiedział, że przed walką czasami podawano mu narkotyki, które sprawiały, że czuł się, jakby mógł zabić każdego bez poczucia strachu. Ludzie prowadzący szkolenia dla dzieci byli obcokrajowcami mówiącymi po angielsku i arabsku. W marcu 2009 roku al-Shabaab zrekrutowało 600 dzieci, niektóre z nich miały tylko 9 lat.

ONZ donosi, że ekstremistyczne islamskie ugrupowania zazwyczaj nie rekrutują dziewcząt do walk, natomiast wykorzystują je do takich zadań, jak gotowanie, sprzątanie, transportowanie detonatorów i szpiegowanie. Raport wspomina o obozie treningowym al-Shabaab niedaleko Kismayo, miasta na południu kraju, gdzie około 120 dziewcząt uczy się technik wywiadowczych, transportowania ładunków wybuchowych czy prowadzenia samochodu. Niektóre z dziewczynek zostały zrekrutowane aby zostać żonami bojowników.

Al-Shabaab sprowadza wojowników z Afganistanu, Pakistanu i Czeczenii. Chwali się tym, że ma w swoich szeregach młodych Amerykanów somalijskiego pochodzenia z Minnesoty i Waszyngtonu, którzy wspierają ich siły.Kilku Amerykanów pochodzenia Somalijskiego, z regionu Minneapolis, w który mieszka duża grupa Somalijczyków, wróciła do rozdartego wojną kraju, by walczyć u boku rebeliantów – donosi FBI. Al-Shabaab oficjalnie oświadczyła, że w jej szeregach jest wielu wysokich rangą zagranicznych dżihadystów, walczących u boku lokalnych bojowników w rozdartym wojną narodzie. Jednym z najbardziej znanych jest Amerykanin Abu Mansour al-Amriki, który występował w wielu wiadomościach video wysyłanych do braci Amerykanów, aby dołączyli do walki w świętej wojnie w Somalii.

Stany Zjednoczone ostrzegały że naród z Rogu Afryki staje się bezpieczną przystanią al-Qaedy z powiązanymi terrorystycznie grupami jak al-Shabaab, kontrolującymi ogromne połacie w południowych i centralnych regionach, prowadząc krwawe działania rebelianckie przeciwko rządowi somalijskiemu popieranemu przez ONZ. Wraz z innymi rebelianckimi ugrupowaniami takimi jak Hisbul Islam, al-Shabaab uwięziła w pułapce w małej części Mogadiszu, stolicy Somali, Przejściowy Rząd Federalny popierany przez ONZ i USA

W październiku 2009 roku, niezgodnie z prawem międzynarodowym dotyczącym uchodźców, Somalijscy rekruterzy, twierdzący, że działają w imieniu Federalnego Rządu Przejściowego, otwarcie rekrutowali młodych uchodźców z obozów w Dadaab w północnej Kenii, niedaleko granicy z Somalią, przeznaczonych do nowych sił walczących w Somalii.

„Zezwalanie na rekrutowanie bojowników w obozach dla uchodźców podważa sama istotę obozów, miejsca, które ma być ucieczką przed konfliktem” – mówi Georgette Gagnon, Dyrektor Human Rights Watch do spraw Afryki.

Pęd do rekrutowania młodych uchodźców jest zorganizowany przez kenijskich oficjeli, którzy wydali liczne, ale sprzeczne oświadczenia na temat swojej roli, jak również przez wygnanych Somalijczyków mieszkających w Kenii. Wiele zachodnich krajów ma wspólny cel, aby rozgromić powiązaną z al-Qaedą al-Shabaab.

Amerykańscy obserwatorzy praw człowieka twierdzą, że rekruterzy mówią młodym mężczyznom w obozach i w pobliżu miast, że ich wysiłek jest wspierany przez ONZ, Stany Zjednoczone i Unię Europejską. Niektórzy mówią nawet, że rekruci będą rozmieszczeni jako część nowego kontyngentu sił ONZ w Somalii.

Amnesty International szacuje, że ponad 250 000 dzieci na świecie walczy obecnie w konfliktach zbrojnych. W ostatniej dekadzie dwa miliony dzieci zostało zabitych w walce, a sześć milionów zostało ciężko rannych.

Pułkownik Abdullahi Aden, były somalijski dowódca, udzielił wywiadu The New American. Namawiał w nim obydwie strony, somalijski rząd tymczasowy oraz al-Shabaab, a zawłaszcza grupy rebelianckie, aby przestały wykorzystywać dzieci jako żołnierzy.

„Dzieci są przyszłością narodu, al-Shabaab powinna zaprzestać prania mózgu małym dzieciom poprzez religię. Dlaczego oni (wysocy rangą członkowie al-Shabaab) nie uczestniczą w wojnie na pierwszej linii frontu, jeżeli naprawdę walczą w imię religii? Dlaczego nie słyszymy o zamachowcu samobójcy, który byłby wysoko postawionym dowódcą?. Słyszymy tylko o ogłupionych dzieciach, które tracą życie w najbardziej okrutny sposób”, powiedział Abdullah


Hussein Moulid Bosh jest niezależnym dziennikarzem ,Somalijczykiem urodzonym w Kenii , obejmującym w swojej pracy historie dotyczące wschodniej Afryki oraz krajów Rogu Afryki a zwłaszcza Somali.

tłumaczenie_Magda Małkowska


wtorek, 15 czerwca 2010

Podstawowe mechanizmy ochrony dzieci przed udziałem w konfliktach zbrojnych nadal nie w pełni uznawane
Źródło: child-soldiers.org

Koalicja na rzecz zaprzestania wykorzystywania dzieci-żołnierzy ponagla 72 państwa, które nie ratyfikowały I Protokołu dodatkowego do Konwencji o Prawach Dziecka w sprawie angażowania dzieci w konflikty zbrojne i II Protokołu dodatkowego do Konwencji o Prawach Dziecka w sprawie handlu dziećmi, dziecięcej prostytucji i dziecięcej pornografii.


72 flagi

Kolaż z 72 flag wymienionych w dokumencie państw. Cieszy i martwi jednocześnie.


Należy zauważyć, że duża część z wymienionych państw, to małe wyspiarskie kraje. Państwa te nie stanowią zagrożenia dla sąsiadów oraz dla własnych mieszkańców. W dokumencie wymienione są raczej formalnie, co nie znaczy, że nie powinny ratyfikować Protokołów, chociażby żeby przyspieszyć decyzje większych i silniejszych. Martwić może natomiast sytacja w Afryce. Na liście znajduje się około dwudziestu krajów z kontynentu, na którym obecnie walczy najwięcej dzieci-żołnierzy.


PAŃSTWA, KTÓRE NIE RATYFIKOWAŁY OBU PROTOKOŁÓW
Arabia Saudyjska, Bahamy, Barbados, Dżibuti, Etiopia, Fidżi, Ghana, Grenada, Gwinea, Gwinea Bissau, Gujana, Haiti, Indonezja, Kamerun, Kiribati, Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, Liberia, Malezja, Wyspy Marshalla, Mikronezja, Myanmar, Nauru, Nigeria, Pakistan, Palau, Papua Nowa Gwinea, Republika Środkowoafrykańska, Saint Kitts i Nevis, Saint Lucia, Samoa, San Marino, Seszele, Somalia, Suazi, Surinam, Tonga, Trynidad i Tobago, Tuvalu,Wybrzeże Kości Słoniowej, Wyspy Salomona, Wyspy Świętego Tomasza i Książęca, Zambia, Zimbabwe, Zjednoczone Emiraty Arabskie.


PAŃSTWA, KTÓRE NIE RATYFIKOWAŁY I PROTOKOŁU DODATKOWEGO
Antigua i Barbuda, Brunei Darussalam, Komory, Kongo, Cypr, Dominikana, Gwinea Równikowa, Estonia, Gabon, Gambia, Gruzja, Iran, Liban, Malawi, Mauretania, Niger, Saint Vincent i Grenadyny.


PAŃSTWA, KTÓRE NIE RATYFIKOWAŁY II PROTOKOŁU DODATKOWEGO
Czechy, Irlandia, Jamajka, Kenia, Liechtenstein, Luksemburg, Malta, Mauritius, Nowa Zelandia, Federacja Rosyjska, Singapur