Heather Murdock, Voice of America , 28 kwietnia 2011
Dzieci-żołnierze wracają na kongijskie wojny
Od 2003 roku, dziesiątki tysięcy dzieci zostało usuniętych z walczących jednostek milicji w Demokratycznej Republice Konga. Chłopcy i dziewczęta wracają z buszu okaleczeni psychicznie, wyizolowane, niewykształcone i za stare, by wrócić do szkoły. Statystyki ONZ pokazują, że tysiące uzbrojonych dzieci jest nadal przetrzymywanych przez milicje, wielu z nich, którzy uciekli, zostało ponownie uprowadzonych przez dowódców, lub ponownie dołączyło z własnego wyboru.

Wojownicy z rebelianckiej Unii Kongijskich Patriotów, jeden z nich to dziecko-żołnierz na check-poincie na obrzeżach miasta Bunia w Kongo.
fot. AP
Teoretycznie wojna we wschodnim Kongo zakończyła się traktatem pokojowym w 2003 roku. Pięć lat później wynegocjowano podział władzy i zakończono walki ponownie. Jednak dla dzieci, takich jak szesnastoletni Wetemwami, walka nigdy się nie skończyła.
Po trzech latach w Mai Mai, luźno powiązanych grupach milicyjnych nadal walczących we wschodnim Kongo, Wetemwami uczy się kamieniarstwa w szkole zawodowej dla zdemobilizowanych dzieci. Nie może chodzić do zwyczajnej szkoły, ponieważ w tym społeczeństwie jest na to za dorosły. Ale ma nadzieję nauczyć się zawodu, by móc wrócić do domu, do swojej wioski i dostać pracę. Jednak Wetemwami mówi, że życie poza wojskiem w Kongo jest trudne. Jest to jeden z najbiedniejszych krajów świata. Mówi, że chce wrócić do Mai Mai, jeśli życie nie będzie łatwiejsze. Mówi, że jako żołnierz, miał przynajmniej ubranie na zmianę.

Wetemwami, 16 lat
fot. AP
ONZ szacuje, że trzy i pół tysiąca dziewcząt i chłopców służy obecnie w kongijskich jednostkach milicji. Jednak niektórzy obserwatorzy twierdzą, że jest ich więcej. Kiedy dzieci uciekają ze zbrojnych grup, wiele z nich ponownie wstępuje do wojska lub jest werbowanych siłą. Niektóre dzieci powracają do milicji ze względu na ogromną biedę. Inne czują się odrzucone, kiedy wracają do domu, ponieważ są okaleczone psychicznie, niewykształcone i postrzegane jako potencjalnie niebezpieczne. Niektóre dzieci były zmuszone popełnić zbrodnie we własnych społeczeństwach, zanim zostałe pojmane, co sprawia, że są społecznymi pariasami.
Wetemwami mówi, że jeśli nie wstąpi ponownie z własnego wyboru, może zostać pojmany przez swojego dowódcę, pobity i zmuszony do powrotu do służby. Szesnastoletni Kikandi informuje, że nie wstąpił do milicji dobrowolnie i nigdy nie wróci z własnej woli. Siedząc w klasie w szkole zawodowej, bawi się malutkim haczykiem, narzędziem do naprawy butów. Wspomina, że około półtora roku temu, żołnierze wdarli się do jego wioski i zażądali młodych ludzi. Rodzice, którzy się sprzeciwiali, zostali pobici. Mówi, że najbardziej boi się, że ponownie go zabiorą.
Jennifer Melton jest specjalistką ds. ochrony dzieci w UNICEF w Gomie, wiodącej agencji walczącej o wydostanie dzieci z pól bitewnych w Kongo. Zapewnia, że UNICEF pracuje nad zapewnieniem służb społecznych i dostaw dla wsi, gdzie tylko jest to możliwe, zachęcając zdemobilizowane dzieci do pozostania w domu. Jednak zastrzega, że ponowna rekrutacja jest nadal powszechna i wydaje się, że jej częstotliwość wzrasta. Sądzę, że borykamy się z wymuszoną rekrutacją, ponieważ naprawdę nie mamy dobrych sposobów, by jej zapobiec. Jeśli uzbrojona grupa wkracza do wioski w nocy i zbiera młodzież, nie mamy pojęcia jak temu zapobiec w najlepszy sposób, powiedziała Melton.
Wiele dzieci służy na linii frontu, napadając na wioski i walcząc z innymi grupami milicyjnymi o kontrolę nad populacją, lub bogactwami minerałów znajdowanymi w kongijskich kopalniach. Inne dzieci są tragarzami, szpiegami, zwiadowcami, kucharzami lub ochroniarzami. Melton mówi, że dziewczynki są zmuszane do służby żołnierskiej i jako niewolnice seksualne. Dziewczynki mają najtrudniejszy powrót do społeczeństwa, ponieważ kiedy wychodzą, są odrzucane. Każdy bowiem zakłada, że były wykorzystywane seksualnie i to założenie jest zazwyczaj prawdziwe.

Kikandi, 16 lat
fot. AP
Od 2003 roku około 30 tysięcy dzieci zostało zdemilitaryzowanych z pomocą pracowników organizacji pomocowych i dzięki rosnącej presji na dowódców, by nie rekrutować młodzieży. Pascal Badibanga Zagabe jest dyrektorem Centrum Tumaini, szkoły w której Wetemwami, Kikandi i inne byłe dzieci-żołnierze zdobywają takie umiejętności jak: stolarka, mechanika i szycie. Według dyrektora, masowa demobilizacja stworzyła nowe problemy. Wraz z dużą liczbą dzieci wracających z wojny i tak niewielkimi dostępnymi zasobami, nawet te dzieci, które mają dostęp do pomocy, otrzymują ją tylko w ograniczonym zakresie. W zeszłym roku Centrum Tumaini przyjęło 150 uczniów. Zagabe mówi, że szkoła musiała odrzucić drugie tyle.
Wetemwami mówi, że w porównaniu z jego obecną sytuacją, życie w milicji nie było złe. Powiada, że nigdy się nie bał. Dzieci paliły marihuanę i piły piwo, by nabrać odwagi i nakładały proszki i mikstury, znane jako magia Mai Mai. Mówi, że jeśli żołnierze używali magii i stosowali się do magicznych zasad, kule ich omijały albo odbijały się od ich ciała. Wetemwami podnosi koszulę, by pokazać cztery widoczne równoległe blizny na klatce piersiowej. Mówi, że kule go drasnęły, bo złamał zasady przechodząc przez krew zmarłego w czasie bitwy. W czasie trzech lat spędzonych w buszu, dwudziestu jego przyjaciół zostało zabitych, on sam zabił pięćdziesięciu wrogów. Mówi, że jego przyjaciele zostali zabici, bo również nie przestrzegali magicznych zasad. Może zjedli liście ogórka, albo dotknęli lokalnych roślin w czasie napadu. Może zgwałcili kobietę. On zabijał wrogów, bo inaczej oni zabiliby jego, gdyby nie był tak szybki. Wetemwami opowiada, że dowódcy wpajali żołnierzom, że walczą o wyzwolenie Konga. Ale mówi też, że czasem atakowali wioski, które już kontrolowali, ponieważ potrzebowali pieniędzy, jedzenia albo piwa.
Kikandi zarzeka się, że rzadko brał udział w napadach. Żołnierze walczyli, a on chował się w krzakach. Mówi, że kiedy żołnierze wracali, chłopcy, którzy nie walczyli, byli bici kijami. Ale Kikandi bał się walczyć, ponieważ w jego oddziale nowi rekruci nie dostawali magicznych mikstur dla ochrony. Kikandi mówi, że w czasie jednego roku, jako żołnierz, zabił tylko jednego człowieka. Podobnie jak Wetemwami, jest po prostu szczęśliwy, że strzelił pierwszy.
tłumaczenie_Agata Basińska