Nima Elbagir, CNN, 21 października 2010
Dzieci żołnierze walczą ze swoimi koszmarami w ośrodku rehabilitacyjnym w Demokratycznej Republice Kongo
Bukavu, Demokratyczna Republika Kongo – Tę wojnę nazywa się zapomnianą wojną a dzieci jej zapomnianymi ofiarami.

Kongijska kobieta schodzi w dół wioski Luvungi, 3 września 2010 roku. W lipcu wieś została zaatakowana przez rebeliantów z plemienia Hutu, należących do Demokratycznych Sił Wyzwolenia Rwandy (FDLR) i lokalne milicje. W ramach kary za wspieranie Kongijskich Sił Obrony (FARDC), napastnicy zgwałcili 280 mieszkanek Luvungi.
fot. AFP/GETTY
W szalejącym w Kongo konflikcie, dzieci wpadają w pułapkę sprawcy i ofiary. W Bukavu stolicy prowincji Południowe Kivu, uczniowie w skupieniu pochylali się nad zeszytami, ale nie ćwiczyli pisania czy arytmetyki. Rysowali traumatyczne sceny z ich przeszłości, takie jak ataki na wioski i ich ostrzał. A niektóre z dzieci do bardzo niedawna same używały broni.
ONZ szacuje, że setki tysięcy dzieci w DRC walczy w grupach zbrojnych, wiele sierot było i nadal jest zmuszanych do dołączenia do działających ponad prawem bojówek, które spustoszyły tę część Konga.
Zajęcia rysowania odbywają się w ramach centrum rehabilitacyjnego, sponsorowanego przez UNICEF, gdzie pracuje się nad tym, aby pokazać dzieciom uczestniczącym w brutalnym konflikcie że mają prawo do spokojnej przyszłości. CNN zaproszono, aby sfilmowała centrum rehabilitacyjne w celu podniesienia świadomości o trudnej sytuacji dzieci, których życie zostało wywrócone do góry nogami przez konflikt.
Casoret Jimmya jest ostatnio przyjętym dzieckiem. Mówi, że dołączył do rebeliantów kiedy miał 12 lat ,po tym jak zabito jego brata. – Kiedy mój brat został zabity prze lokalną milicje, wiedziałem że muszę dołączyć do grupy zbrojnej, to była jedyna droga by się chronić. – Jimmya spędził ostatnie 5 lat przenosząc się z bojówki do bojówki. Ale po skradzionym przez walkę dzieciństwie, uciekł. – To życie pełne walki i śmierci, wydaje się życiem innej osoby, ja nawet nie pamiętam wszystkich rzeczy które robiłem, całego zabijania. Chcę normalnego życia. Chcę się uczyć. Dlatego gdy usłyszałem o centrum, przyszedłem.
Ale nie chodzi tylko o dzieci. Pappi, który jest nauczycielem w centrum i dokładnie wie, przez co przechodzą chłopcy, gdy tu przyjeżdżają. Dziewięć lat temu oboje jego rodziców zostało zabitych w ataku na ich wioskę, wtedy on także został dzieckiem-żołnierzem.
– Mając 14 lat byłem dzieckiem żołnierzem, teraz jestem na uniwersytecie. Dużo się uczę. Chce zostać obrońcą praw człowieka. Wszystkie te rzeczy mówię dzieciom, ponieważ chce żeby wiedziały, że jest dla nas szansa by wrócić do normalnego społeczeństwa. Chce żeby wiedziały, że mogą normalnie żyć.
Po drugiej stronie miasta, w innym oddziale centrum, znajdują się ofiary dzieci-żołnierzy – porzucone dzieci znalezione po atakach na wioski. Ich rodzice zaginęli, nie żyją lub są jeszcze za bardzo przestraszeni, aby wyjść z ukrycia. Zarkayo ma trzy lata. Kongijscy żołnierze przyprowadzili go po tym, jak przegnali rebeliantów z plądrowanej wioski. Nie jest pewne czy jego rodzice żyją. Zarkayo powiedział pielęgniarce w Centrum jak się nazywa, ale od tamtej pory nie odezwał się ani razu.
Gdy podchodzimy zrobić zdjęcie, trzyma się kurczowo swojego opiekuna. Ma siwiejące włosy i nabrzmiały brzuch, oznaki dotkliwego niedożywienia. Żołnierze robili wszytko, co w ich mocy, by go nakarmić, ale nie wiedzieli jak długo leżał sam, głodny, zanim kongijska armia przyjechała. Simily Valerie, lekarka pracująca w Centrum, powiedziała, że historia Zarkayo jest podobna do historii wielu innych dzieci. – Kiedy do nas przyjeżdżają na początku jest bardzo źle, ale dajemy im mleko i obdarzamy miłością i powoli zaczyna być coraz lepiej.
Robią dokładnie to samo również w stosunku do dzieci-żołnierzy. – Wszystkie dzieci maja syndrom porzucenia – mówi psycholog Rahima Choffy. – Wszystkie dzieci, które tutaj są, muszą nauczyć się znowu ufać, pomagamy im w tym okazując miłość oraz łamiąc granice między nimi samymi oraz między nami a nimi.
Wiedzą, że walczą przeciwko trwającej fali przemocy, wiedzą także, że niektóre dzieci ponownie podniosą broń. Ale dyrektor Centrum Murhabazi Namegebi mówi, że nie pozwoli by go to zniechęciło. Pracujemy z dziećmi, pracujemy z grupami zbrojnymi oraz z rządem. W taki sposób buduje się pokój od wewnątrz społeczeństwa. Sześć tysięcy dzieci-żołnierzy przewinęło się przez Centrum, od kiedy je otworzyliśmy 20 lat temu. Dzieci wracają do swoich wiosek i mówią innym dzieciom noszącym broń, że to nie jest dobra droga. I tak krok po kroku pokój nastąpi.
tłumaczenie_Magda Małkowska