Terrorystyczna armia partyzancka FARC zawsze zabierała dzieci. Ponieważ przegrywa wojnę, bierze ich coraz więcej i coraz młodsze.

To zdjęcie kolumbijska policja znalazła przy ciele zabitego w walce członka terrorystycznej armii partyzanckiej FARC, w której szeregach walczy obecnie kilkanaście tysięcy dzieci
fot. Reuters/Forum
– Zaczęli mnie nachodzić, jak skończyłam 10 lat. Urodziłam się tu, w La Macarena, mieszkałam z mamą i rodzeństwem, chodziłam do szkoły. Partyzanci zaczęli mnie namawiać, żebym poszła z nimi, że tam będę miała, co zechcę. Przychodzili do wioski w niedziele i za każdym razem mnie namawiali, że z nimi lepiej, niż tutaj pracować. Mama miała sklepik, strasznie to przeżywała, mówiła mi, żebym nie szła. Ale ja sama nie wiedziałam, co lepsze.
Jak skończyłam 12 lat, wrócili po mnie. Mamy nie było, bo gdzieś pojechała, to poszłam z nimi. Najgorsze było załatwianie się, bo po trzech tygodniach chodzenia polnymi drogami od domu do domu, gdzie można się było umyć i załatwić w ubikacjach, w końcu weszliśmy w góry. Trzeba było kopać dziury w ziemi, przykrywać je liśćmi, nie było papieru. Tak samo ciężko było z myciem. Trzeba było to robić w strumieniach, przy wszystkich (…).
Po pięciu miesiącach pożałowałam, ale już nie mogłam odejść. Zresztą mojej mamie powiedzieli, że nie żyję, że mnie zabili. Jak moją kuzynkę, która też z nimi poszła, a kiedy chciała uciec, złapali ją, zrobili sąd wojenny i zabili.
Potem dali mi mundur, plecak i zaczęliśmy maszerować (…). Chcę zapomnieć, co było potem. Na przykład bitwę pod Morro Pelao, gdzie musiałam strzelać z moździerza. Strzelanina była okropna (…). Miałam wielu dowódców… Przenosili mnie z frontu na front…
Dwa miesiące temu zostałam ranna. To było straszne. W środku bitwy musiałam odbezpieczyć granat i rzucić w żołnierzy. Ale strzelali do mnie z bliska, a ja źle go złapałam, wybuchł i urwał mi nogę. Zaczęła mi płynąć krew, kupa krwi, wrzasnęłam, jak zobaczyłam, że nie mam nogi. Krzyczałam, aż przyszedł partyzant, a ja zemdlałam. Jak się obudziłam, już uciekliśmy żołnierzom. Poszliśmy do obozu, gdzie mi zaszyli nogę. Ale wojsko było blisko, więc partyzanci mnie zostawili w jakimś domu, jakbym już ich nie obchodziła. Chciałam porozmawiać z dowódcą, żeby mi zostawili ubrania i rzeczy do mycia, ale mi nie pozwolili. Kiedy poszli i nie wracali, z drugim kolegą, też rannym, postanowiliśmy uciec (…). Strasznie się baliśmy, bo mówili nam zawsze, że nie możemy się dać złapać żywcem, bo żołnierze zaraz nas zgwałcą, będą torturować i potem zabiją. Ale przyjęli nas dobrze. Dali jeść i ubranie. Obiecali, że zabiorą do Bogoty. Teraz myślę tylko tym, żeby zdobyć nogę i móc znowu chodzić. W bazie żołnierze pomagają mi chodzić do ubikacji, a jeden generał dał mi kule. Chcę zdać maturę i uczyć się na pielęgniarkę, bo bardzo to lubię. Dużo myślę o kolegach z partyzantki, którzy zostali. Fajnie byłoby, jakby im nastawili przez pomyłkę radio wojskowe, bo wtedy usłyszeliby nas, którzy zdezerterowaliśmy.
Teraz chcę o wszystkim zapomnieć. Było minęło.
Takich świadectw jest coraz więcej. Bo coraz więcej żołnierzy FARC – i tych weteranów, którzy dawno temu poszli tam dla idei, z własnej woli, ale się wypalili, i tych, których wzięto przemocą lub oszustwem w wieku dziecięcym, ale się rozczarowali i opamiętali – odpowiada na wezwania armii regularnej i ucieka z dżungli i gór. Inni wpadają w ręce wojska w bitwach jako jeńcy i zostają po drugiej stronie.
Faktem jest więc, że FARC, Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii, krwawią, przegrywają wojnę, którą im wypowiedział sześć lat temu prezydent Álvaro Uribe. Do ostatecznej klęski jeszcze daleko, ale komendanci FARC siedzący w puszczy od kilkudziesięciu lat widzą, co się dzieje, i próbują się ratować.
Branka dzieci tresowanych potem w dyscyplinie i zabijaniu to codzienność kolumbijskiej wojny domowej. Dziećmi posługują się nie tylko partyzanci FARC, ale także ich koledzy z ELN i samozwańcza paramilitarna armia prawicowa AUC, która powstała na początku lat 80., by walczyć przeciw FARC.
Dzieci to surowiec wojenny plastyczny jak plastelina i wdzięcznie lepi się z niego zawodowych zabójców. Dziećmi wysługują się też zwykłe bandyckie gangi i kartele narkotykowe.
Paramilitarni z AUC już oficjalnie nie walczą, trzy lata temu rozbroili się i wielu ich komendantów siedzi w więzieniu. Ale FARC walczy nadal i jest w wyraźnym odwrocie w wojnie z armią rządową.
Dlatego od kilku miesięcy komendanci FARC biorą dzieci masowym i brutalnym zaciągiem. Na alarm w tej sprawie biją armia, Kościół katolicki i liczne organizacje pozarządowe zajmujące się losem ludności cywilnej na terenach objętych wojną domową.
Branka odbywa się w 31 z 32 departamentów Kolumbii. Na ubogich obrzeżach wielkich miast, w odległych od miast biednych wioskach i małych miasteczkach. Zawsze tam, gdzie najbiedniej, gdzie brak ziemi, pieniędzy, edukacji, szans na dobrą pracę. Gdzie stosunki w społeczności i rodzinach są brutalne, gdzie jest pijaństwo, przemoc domowa. Metody to mieszanina gróźb, szantażu i gwałtu oraz kuszenia przygodą, opieką i dobrobytem. Jeśli dzieci nie dają się skusić, a rodzice zastraszyć, partyzanci biorą je siłą. Często torturują, karzą za opór lub próby ucieczki, a nawet zabijają.
Kościół katolicki zebrał dane o 500 dzieciach uprowadzonych w ciągu ostatniego roku do puszczy w departamentach Meta, Guaviare, Putumayo, Caquetá, Arauca i Vaupés. Od razu są wdrażane do życia jako armia dziecięca. Najpierw używa się ich jako wywiadowców, którzy lokalizują oddziały armii rządowej i donoszą dowódcom partyzanckim, jako strażników w obozach, tragarzy i posłańców, a także do układania min przeciwpiechotnych w okolicach obozów. Potem stopniowo uczy się je posługiwania bronią i rzuca do walki.
Czasem zdarza się cud. W wiosce El Capricho, nieopodal stolicy departamentu San José del Guaviare, oddział FARC próbował uprowadzić ze szkoły 100 dzieci. W ich obronie stanęła dyrektorka szkoły, zmobilizowała mieszkańców wioski, którzy tłumnie pospieszyli na pomoc i nie dopuścili do masowej branki. Członkowie FARC zwykle łamią opór terrorem, tym razem ustąpili przed zbiorowym buntem. Dyrektorka wygrała, ale musiała uciekać z wioski.
W Picalojo uprowadzili samotnej matce 12-letniego syna, jedno z czwórki jej dzieci. Matka opowiadała: – Najpierw jedna milicjantka przychodziła do wioski, gadała z dzieciakami, przynosiła im słodycze albo coś innego do jedzenia, zaprzyjaźniała się. Opowiadała, jak to fajnie jest w FARC. Niektóre dzieci z wioski poszły z nią z własnej woli, inne zabrali siłą. Ja musiałam się stamtąd wynosić, ale najstarszego nie zdołałam uratować. Zabrali mi go, zanim uciekłam. Odwracał się i wołał: ‘Mamo, ratuj!’. Ale nie mogłam nic zrobić, boby mnie zabili – opowiadała kobieta dziennikarzom tygodnika ‘Cambio’.
Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka w Kolumbii szacuje, że kilka lat temu w szeregach 20-30-tys. armii FARC dzieci w różnym wieku było od 6 do 11 tys. Dzisiaj jest ich od 14 do 17 tys., wliczając dzieci wcielone już do armii oraz te, które są na razie wykorzystywane jako służby pomocnicze. Dzisiaj co czwarty partyzant FARC jest nieletni. Kiedyś średnia wieku młodocianych żołnierzy wynosiła 13 lat, dzisiaj – 11,8 roku. Średnio dzieci walczą w szeregach armii dwa lata, potem dorastają, giną lub uciekają. W ciągu ostatnich 10 lat zginęło w walkach z armią 6410 dzieci-żołnierzy.
Ucieczka karana jest sądem polowym i śmiercią. Wyrok wykonuje zwykle równie nieletni żołnierz, Udział w egzekucji wiąże kata z oddziałem, a innym służy za przykład i przestrogę.

Ci, którym uda się uciec, trafiają do tajnych ośrodków rehabilitacji społecznej, gdzie podczas pięciomiesięcznego programu próbuje się ich przywrócić do normalnego życia
fot. Reuters/Forum
Mimo to uciekają. W ciągu pięciu miesięcy w 2009 r. uciekło z FARC aż 4032 dzieci-żołnierzy, a rok temu tylko 415. Jedna trzecia to dziewczynki, dwie trzecie chłopcy. Trafiają pod opiekę Instytutu Rodzinnego, który je wychowuje i przywraca do normalnego życia w tajnych ośrodkach rehabilitacji społecznej.
Kilka lat temu byłem w takim ośrodku. Zjawisko branki dzieci do FARC nie było tak masowe, ale ich opowieści brzmiały podobnie jak dziś.
Claudia, 15 lat, mówiła: – Mieszkaliśmy w prowincji Arauca. Miałam pięcioro rodzeństwa. Kiedyś przyjechał na przepustkę wujek z wojska. Zabrał mnie samochodem na wycieczkę. Na drodze w lesie zatrzymali nas partyzanci. Kazali wysiąść. Znali wujka, wiedzieli, że jest w wojsku, chociaż był po cywilnemu. Zmusili go, żeby uklęknął przy drodze. Potem zastrzelili. Mnie zabrali w góry. Miałam osiem lat.
Flora, 16 lat: – Tata uprawiał kokę. Mama prowadziła dyskotekę i sklep. Tata pił, potem bił mamę. Kiedyś przyszłam do domu. On znowu ją bił. Dźgnęłam go nożem w plecy. Zabrali ich do szpitala: jego z nożem w plecach, mamę pobitą i w ciąży. Zostałam sama. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Mój kuzyn, który był milicjantem FARC, namówił mnie, żebym poszła z nim do partyzantów. Poszłam. Miałam dziesięć lat.
Claudia: – Kiedy płakałam, wiązali mi z tyłu ręce. Kiedy tęskniłam, mówili mi, że mama i tata to mój karabin. Jeśli zawsze będę go miała przy sobie, będę z nimi. W końcu przestałam jeść. Po czterech dniach jeden z dowódców przekonał mnie, że będą ćwiczenia i że będzie fajnie. Maszerowaliśmy, ćwiczyliśmy strzelanie, okopywaliśmy się. Kiedyś nagle zaczęli do nas walić z wojskowego helikoptera. Zostałam ranna. Leczyłam się dziewięć miesięcy. Pierwszy raz wzięli mnie na akcję, gdy miałam 11 lat. Rzucili mnie do rowu i kazali strzelać. Tak się bałam, że tylko gryzłam ziemię i palce. Wtedy komendant złapał mnie za kark, podniósł, potrząsnął i kazał się opanować. Pokazał, gdzie mam strzelać. Ale ja strzelałam przed siebie, bez celowania, byle jak. Później dali mnie do oddziału werbunkowego. Chodziliśmy po wsiach. Namawialiśmy dzieciaki, żeby do nas wstępowały. Szły z nami, bo albo wybito im rodzinę, albo nie wiedziały, co ze sobą zrobić. W cztery miesiące mój oddział przyprowadził stu rekrutów. Kiedy już nabrali do mnie zaufania, komendant ‘Cucho’ wziął mnie do osobistej eskorty. Pilnowałam kasy oddziału. Mieliśmy kursy z materiałów wybuchowych, łączności, pomocy lekarskiej. Byłam pielęgniarką, pilnowałam jeńców, pracowałam na komputerach. Redagowaliśmy statut i inne papiery Podziemnej Partii Kolumbijskiej. Rozprowadzaliśmy je potem po wioskach. Potem kazali mi zabić jeńca. To był ‘para’ [członek antypartyzanckich oddziałów paramilitarnych]. Dowódca odprowadził nas na bok. Mnie i jeszcze jednego chłopca. Kazał mi wymierzyć w głowę i strzelić. Leżał [Claudia wyciąga rękę i wskazuje na ziemię), mięso mu się ruszało, podskakiwało, o tak, raz po raz. A rękami tak drapał ziemię. Potem kazali nam rozpruć mu brzuch, wyciągnąć flaki, napełnić ziemią, kamieniami i zaszyć. Żeby się nie rozkładał i żeby nie śmierdział, jak go pogrzebiemy. Wieczorem, kiedy wróciłam do obozu, wszystko mi smakowało krwią, wszystko na mnie napierało, niebo mi spadało na twarz, nie mogłam spać. Przyszedł dowódca i dał mi się napić anyżówki raz i drugi. Przeszło.
Rok temu miałam już dość. Nie chciałam z nimi dłużej być. Myślałam o rodzicach i braciach. Tęskniłam. Chciałam odejść. Ale z FARC nie można odejść. Dezercja karana jest śmiercią. Musiałam uciec. W nocy umówiłam się z kolegą, który miał straż. Kiedy się przytulał, to tu, w serce, wbiłam mu bagnet. Nie krzyknął, tylko tak zrobił: ‘Uchch!’. Musiałam. Potem biegłam całą noc bez przerwy, rano i do popołudnia. W końcu dotarłam do miasteczka. Zgłosiłam się na policję.
Najciężej mają dziewczynki, bo nie tylko znoszą te same trudy leśnego życia, samotność, oderwanie od rodziny, choroby tropikalne, grozę bitwy i śmierci, ale też są przedmiotem stałej przemocy seksualnej ze strony komendantów, a w razie zajścia w ciążę, która jest surowo zabroniona, przeżywają grozę porodu w dżungli, strachu o życie dziecka, a potem przymusowej brutalnej z nim rozłąki.
Adriana miała 16 lat, gdy zaszła w ciążę w dżungli. Kiedy po czterech miesiącach komendanci 5. Frontu FARC to wykryli, dali jej tabletki cytotec na poronienie. Zaczęło ją skręcać, potem buchnęła krew, aż wreszcie wypadł płód. Łożysko zostało w środku, więc chociaż czekała ją teraz kara – obsiać cztery hektary kukurydzą – komendanci zabrali ją do szpitala w pobliskim miasteczku i zostawili. Ledwo lekarze postawili ją na nogi, dostała rozkaz wrócić do szeregów. Maszerowała wraz z kolumną dwa miesiące, uciekając przez depczącą im po piętach armią. Wciąż krwawiła.
Dopiero pięć lat później zdezerterowała wraz z małym dzieckiem, synem komendanta, który zginął w walce, poddała się wojsku i opowiedziała, co ją spotkało.
Tatiana straciła matkę w 11. roku życia. Porzucił ją ojciec, a wychowaniem zajęli się dziadkowie. Mimo biedy w wieku 15 lat ukończyła dziewiątą klasę z wyróżnieniem. Żeby się dalej uczyć, musiała pojechać do większego miasta, ale na to pieniędzy dziadkowie na nie mieli. Przyłączyła się do FARC, gdy przyszli do miasteczka w departamencie Antioquii. Szybko awansowała i brała udział w walkach. Wtedy dopiero dowiedziała się, że cztery lata wcześniej członkowie FARC zabili jej matkę. Przy pierwszej okazji zdezerterowała. Dzisiaj państwo jej pomaga, uczy się dalej, ma nowe życie. Ale nie miałaby tej szansy, gdyby nie poszła z FARC na wojnę i pozostała biedną półsierotą ze wsi Antioquii.
Rok temu wojsko znalazło w zdobytym obozie FARC dwa komputery, a w nich archiwa dwóch ugrupowań tzw. Frontów 58 i 34 FARC. Skrupulatnie prowadzona buchalteria zdaje sprawę z tego, jak pod czujnym okiem komendantów sprawują się dzieci wojny w partyzanckich szeregach. Wszystkie nieletnie żołnierki mają swoje fiszki. Krótkie, monotonne wpisy dyscyplinarne są jak dzienniczek więzienny. Idzie to tak:
Viki
wiek poboru – 14 lat
Front 58 FARC
rodzice: ojciec w Bogocie, matka zajmuje się domem
rodzeństwo: sześcioro
wykształcenie: 3 klasy podstawówki,
sprawowanie: zalety – pracowita, wady – złe nawyki, zasnęła na straży – kara: 30 razy noszenie drewna, brak szacunku dla dowódcy – kara: 15 razy noszenie drewna, niewykonanie rozkazu: nie chciała być sekretarką – kara: przepisywanie całego regulaminu.
złamanie regulaminu: przeglądała się w lusterku na straży – kara: 50 razy noszenie drewna i 3 kolejki zmywania garnków
Carolina
wiek poboru – 14 lat
Front 58
rodzice: ojciec nie żyje, matka zajmuje się domem
rodzeństwo: sześcioro
wykształcenie: 6 klas
sprawowanie: zalety – pracowita, wady – złośliwa, dwa razy ze strachu porzuciła stanowisko na straży – kara: 30 razy noszenie drewna, 15 kolejek czyszczenia ubikacji, 15 kolejek zmywania garnków i 4 pouczenia regulaminowe, oszczerstwa przeciw przedstawicielom ludu: powiedziała, że komendant Ferney zadawał się z pewną partyzantką, a to była nieprawda – kara: 30 razy noszenie drewna i 5 kolejek zmywania garnków, zgubiła garnek i nie wie gdzie – kara: 200 razy noszenie drewna, kłamała, żeby się usprawiedliwić przed komendantem – kara: 100 razy noszenie drewna, obrażanie towarzyszy: nazwała ropuchą koleżankę, bo widziała, jak ta uprawia seks z partyzantem – kara: 20 razy noszenie drewna i 15 razy noszenie garnków