Pod koniec mojego pobytu w Afryce poznałam pewnego Anglika pracującego w klinice zdrowotnej we Freetown, który 4 lata swojej obecności podsumował słowami „po pierwszym roku wydaje ci się, że rozumiesz, po drugim masz poważne wątpliwości, po trzecim masz jeszcze nadzieję zrozumieć, po czwartym roku wracasz do domu z poczuciem bezradności i przekonaniem, że nigdy nie zrozumiesz”. W taki sam sposób podsumowałabym swój trzymiesięczny pobyt w Sierra Leone, małym kraju zachodniej Afryki.

Dzieciaki z Thunder Hill
fot. Beata Dolińska
Afryka zawsze interesowała mnie pod kątem praw człowieka, problemów humanitarnych, ale także kultury i historii, jednak konkretna decyzja o wyjeździe właśnie do Sierra Leone zainspirowana została przez mojego promotora, który na temat mojej pracy licencjackiej podsunął mi temat problemu dzieci-żołnierzy na świecie na przykładzie Sierra Leone. Prawie dwuletnie zbieranie materiałów i pisanie pracy potwierdziło tylko moje zainteresowanie problemami krajów Trzeciego Świata. Znalazłam w Internecie program wolontariatu opierający się na nauczaniu dzieci w szkole podstawowej, spakowałam walizkę, włożyłam rzeczy osobiste i przybory szkolne, w podręczną aparat i kilkanaście godzin później, w środku nocy wysiadłam na lotnisku w Lungi.
Zaraz po wyjściu z samolotu uderzyła mnie 29-stopniowa gorączka i niesamowita wilgotność powietrza, jak to możliwe, skoro kilkanaście godzin wcześniej padający śnieg opóźnił mój wylot z Berlina.
Pierwszą noc w Sierra Leone spędziłam na całkowicie wyludnionym lotnisku, siedząc z trzema ochroniarzami i rozmawiając o tym, czego mogę się spodziewać, na co uważać. Nad ranem trafiłam do rodziny pastora, z którą miałam spędzić następne trzy miesiące. Moi gospodarze mieszkali w jednej z najbiedniejszych części miasta, w skromnych warunkach. Przed domem pastora gorąco przywitała mnie gromadka dzieciaków wytykających mnie palcami, gdyż każdy „biały” człowiek to dla nich osobliwość. Biorąc prysznic (polewając namydlone ciało wodą z wiaderka zawieszonego nade mną), okazało się, że moim przyjazdem równie podekscytowana była gromadka karaluchów wielkości kciuka oraz kolorowe jaszczurki, z którymi zawarłam „cichy pakt”, gdyż żywiły się właśnie karaluchami.
Do wyjazdu przygotowałam się starannie, przeczytałam wiele książek i artykułów, nawiązałam kontakt z osobami mieszkającymi w Sierra Leone, korzystałam z ich rad, co zabrać ze sobą, jak się ubierać, mimo to warunki życia w Freetown zaskoczyły mnie. W wielu domach nie było prądu, lub włączany był na kilka godzin w ciągu tygodnia, nie było też wody. W Sierra Leone dzieci, już w wieku 4 lat, wysyłane są w górę strumienia po wodę, którą następnie znoszą w wiadrach na głowie. W czasie mojego pobytu mieszkający ze mną w jednym domu 4-letni Sammy przechodził swego rodzaju inicjację. Otrzymał od ojca 5-litrowe wiaderko. Chłopiec z dumą i determinacją przygotowywał się do swojej pierwszej, poważnej misji. Przeszedł wytrwale całą trasę, z niezmiernie ciężkim dla niego pełnym wiadrem wody, po czym na miejscu stwierdził, iż jest wystarczająco silny, aby pójść kolejny raz.

4-letni Sammy podczas pierwszej wyprawy po wodę.
fot. Beata Dolińska
Również szkoła, w której miałam pracować, wyglądała strasznie. Została założona przez żonę pastora w zniszczonym w czasie wojny budynku. Ściany więc były niepomalowane, ławki stare i podrapane, brak światła, tablicy, czy kredy. W jednej klasie przebywały dzieci w różnym wieku. Szkoły są prywatne, więc od rodziców zależy, kiedy uzbierają wystarczającą liczbę pieniędzy i poślą dziecko do szkoły. Tylko niektórzy uczniowie posiadali zeszyt lub kartki do pisania. Praca z taką klasą wymagała więc wysiłku, kreatywności i konsekwencji, gdyż bez zapisywania wiadomości dzieci nie miały możliwości powtórzenia wiadomości w domu.
Dostałam ogólne wytyczne dotyczące programu nauczania, ale tak naprawdę ode mnie zależało, z jakiego przedmiotu i jakimi metodami będę prowadzić zajęcia. Wybrałam nauki społeczne, skupiając głównie uwagę na geografii oraz wiedzy o świecie i społeczeństwie. Pomimo ciężkich warunków i dużych problemów z koncentracją uwagi, dzieci wydawały się bardzo zainteresowane i aktywne w czasie ćwiczeń i zabaw, szczególnie jednak chętnie uczestniczyły w konkursach i quizach, które dla nich organizowałam, gdyż w nagrodę można było otrzymać zeszyt, długopis, czapeczkę, a nawet plecak.

Rhema Preparatory School – pierwszy dzień e szkole.
fot. Beata Dolińska
W klasie były dzieci w różnym wieku, jeżeli uczęszczanie do szkoły zależne jest od zamożności rodziców, to czasami „bogatsze” dzieci zaczynały naukę w wieku 7 lat, uboższe w wieku 10 lub później. Dlatego też istniała ogromna różnica w podejściu do nauki, ale także szybkości zapamiętywania, skupienia uwagi, niektóre dzieci wolały się bawić, śmiać, przeszkadzać i często nie wykazywały żadnej inicjatywy i chęci nauki. Często od mojej inwencji zależało, czy odniosę sukces, czy będę miała problemy z dyscypliną, dlatego też wymyśliłam konkursy po każdej partii materiału, ja mogłam sprawdzić, co uczniowie zapamiętali, oni mogli wygrać drobiazg.
W Sierra Leone, mimo pozorów, nadal istnieje przekonanie, ze edukacja jest najważniejsza dla chłopców. Dziewczynki dopiero od niedawna uczęszczają do szkół, mimo tego jednak, nadal ich jedynym celem na przyszłość jest przygotowywanie do ról żon i matek, dlatego łatwo było zauważyć, iż ani nauczyciele, ani rodzice nie przykładają tak wielkiej uwagi do edukacji dziewczynek, jak do edukacji chłopców.
W czasie wolnym zwiedzałam miasto i okolice. Z towarzystwem nigdy nie było problemu. Ludzie zawsze chcieli rozmawiać, szczególnie młodzi, których interesowały warunki życia w Europie, czy Ameryce. Ich wyobrażenie zaczerpnięte jest przede wszystkim z amerykańskich filmów. 20-latek Foday, który mieszka na wzgórzach Thunderhill na pytanie, co porabia całymi dniami odpowiedział, że zastanawia się tylko, co będzie jadł następnego dnia. Foday mieszka z kuzynem, w jednym pokoju, gdzie śpią na podłodze. Potrafi ciężko pracować, często pomaga sąsiadom w zamian za trochę żywności, ma marzenia o studiowaniu prawa. Na pytanie jednak, dlaczego zamiast bezczynnego siedzenia całymi dniami, nie weźmie do ręki jakiejkolwiek książki i zacznie czytać, nie potrafi udzielić żadnej, jasnej odpowiedzi. Mimo tego, że młodzi mężczyźni przekonani są o tym, że edukacja przyniesie im całkowite wybawienie, nie zauważają czasem, iż mimo tego, iż edukacja jest potrzebna, istotna jest również ciężka praca. Niezaprzeczalnie brak szkół, szczególnie darmowej nauki, jest poważnym problemem, równie poważny jest jednak brak perspektyw zatrudnienia i zarobków oraz zrozumienia, iż rozwój kraju nie przyjdzie z dnia na dzień, że to wymaga ciężkiej pracy i nie można zasłaniać się wytłumaczeniem, iż rząd nie zapewnia ludziom pracy, dlatego siedzą bezczynnie. Miałam okazję poznać i rozmawiać z ludźmi w różnym wieku i z różnymi aspiracjami, z różnorodnych środowisk, którzy stwierdzili, że problem współczesnych, młodych sierraleończyków polega na tym, iż ciągle zadają pytanie, dlaczego ich rząd nic dla nich nie robi, nie zastanawiając się, co oni sami mogą zrobić dla rządu i rozwoju ich własnego kraju.
Niestety, warunki panujące we Freetown, to pozostałości po wyniszczającej wojnie domowej, która trwała 11 lat. Wojna w Sierra Leone stała się jedną z najbardziej rozgłaszanych i najbrutalniejszych w ostatniej dekadzie XX wieku, szczególnie ze względu na udział w niej na szeroką skalę dzieci-żołnierzy, a także w związku z finansowaniem działań zbrojnych przez nielegalny handel diamentami, w który wplątane były również osobistości ze świata ”cywilizowanego” zachodu.

Warunki panujące we Freetown, to pozostałości po wyniszczającej wojnie domowej, która trwała 11 lat.
fot. Beata Dolińska
Temat wojny w kraju jest cały czas żywy, czasem nie trzeba nawet zaczynać rozmowy, żeby ludzie opowiedzieli swoje historie. Dla nich teraz wydaje się, iż jest to zwykła część ich przeszłego życia, dla nas, ludzi zachodniego świata, to niewyobrażalne historie, słuchając których czujemy, że nawet wyłączając „naszą” moralność, nie jesteśmy w stanie tego wszystkiego pojąć. Tak np. woda ze źródła Thunderhill, którą pili wszyscy w okolicy, szczególnie w porze deszczowej jest często skażona gdyż na całym obszarze wzgórz pochowano setki ciał. Ofiarami byli mężczyźni, kobiety i dzieci, w każdym wieku. Oprawcami tak samo. Kiedy rebelianci wkroczyli do miasta, część Freetown, gdzie mieszkałam, była najmniej chroniona, przez co najbardziej narażona na ataki. Żołnierze armii rządowej przesyłali komunikaty do ludności o tym, aby chowali się w domach, inaczej zostaną zastrzeleni, rebelianci natomiast grozili, że jeżeli ludzie nie będą wychodzić z domów, zostaną zabici, a ich domy spalone. Stwarzało to ogromne zamieszanie, ludzie, którzy wychodzili z domów w poszukiwaniu innego schronienia często byli wykorzystywani przez rebeliantów jako żywe tarcze w walce z armią. W innych przypadkach rebelianci, w poszukiwaniu członków Kamajors, gromadzili wszystkich członków wsi wypytując o to, kto pochodzi z jakiego plemienia. Grożąc bronią wypytywali młodych chłopaków o lidera ich społeczności. Następnie zmuszano większość młodych osób do przyłączenia się do rebeliantów. Od jednego młodego chłopaka, który w czasie konfliktu miał 15 lat i pracował dla rebeliantów, przygotowując im jedzenie, słyszałam wiele nieprawdopodobnych historii. – „Znam chłopaka, który zawsze brzydził się bronią, wydawało się, że nigdy nie byłby w stanie skrzywdzić kogokolwiek, aż rebelianci dali mu do ręki broń, nafaszerowali narkotykami i wysłali w teren, kazali zabijać żołnierzy ECOMOG i Kamajors. Kilka dni później ten sam chłopak, wraz z grupą równieśników, z samego rana robił zakłady, kto zdoła zabić więcej osób w ciągu dnia. Zabijanie nie stanowiło dla niego już żadnego problemu. Innym razem grupa dzieci wrzuciła dziesięcioletniego chłopca, oskarżanego o przynależność do oddziałów wroga, do dziury z odchodami, następnie po serii szyderstw zaczęto do niego strzelać, po czym grupa odeszła z poczuciem spełnienia niezmiernie ważnej misji” – John Maxim.
W Sierra Leone zanotowano przypadek najmłodszego dziecka-żołnierza, Kaballa Williams miał 6 lat, gdy zmuszono go do udziału z bronią w walce. Sama jednak słyszałam nawet o dzieciach 4-letnich biegających z AK-47, jak z zabawkami.
Dla nas to nieprawdopodobne, ale gdy przypominam sobie małego Sammiego niosącego z wysiłkiem, ale też zaciętością, swoje pierwsze wiaderko wody, przed oczami stawali mi ci mali chłopcy, którzy biegali z taką samą zaciętością z 4-kilogramowym kałasznikowem.
Każdy z napotkanych na drodze sierraleonczykow wydawał się czekać na lepsze jutro. Wytrwale modlił się o cud, który dla niego przejawiłby się napływem pomocy finansowej z zachodu. Każdy biały człowiek pojawiający się zagranicznych mieście to bogacz, który może wszystko. Nikt mi nie wierzył, że jestem studentką i sama zarabiam na swoje podróże. Uzależnienie od zagranicznych dotacji doprowadziło do tego, iż ludzie bezczynnie czekają na zmiany. Pomimo pewnej determinacji i chęci ucieczki, nie podejmują żadnych działań w tym kierunku. Zmiana tej świadomości może zająć bardzo dużo czasu, co oznacza, ze rozwój kraju, mimo wielu możliwości, jest jeszcze bardzo odległy.

Autorka na szkolnej zabawie.
fot. Beata Dolińska